ogon

dzień dobry, chciałoby się powiedzieć, ale chuja on tam dobry, przynajmniej jak o pogodę chodzi. cały misterny plan musiał ulec przebudowaniu, głownie, ze względu na wiatr bo jakiś tam cholerny tajfun grasował po oceanie w pobliżu mnie i ogonem swym kurwi syn, zahaczał o wieś moją i chciał, nie chciał-musiał, trzeba było pozamieniać jednostki na takie jakie przeciwnik pozwalał biegać a nie na to co by się chciało, żeby było, ogon szlag go trafił, kurwi syn jeden.

zamiast więc, we wtorek robić patataja, wypadło na to, ze zrobię 20-30 min tempa, zaplanowanego na czwartek. nie wiedziałem czego się spodziewać po tym treningu, z tabelki wyglądało, że mam go zrobić między 3:58 a 4:07 chyba, ale tabelkę to ja se obejrzałem po treningu dopiero.

wtorek był też dniem wolnym od fabryki, ale musiałem i tak wyleźć z samego rana, bo raz, że wiatr z godziny na godzinę stawał się mocniejszy, dwa wiatr stawał się mocniejszy z godziny na godzinę.

także wyszedłem na trening chyba 6:40 rano co jak na akcent, jest jakimś strasznym nieporozumieniem dla mnie, ale tak krowie staje jak jej byk daje. no, może na odwrót.

w parku będzie najlepiej jak co, stwierdziłem, bo już zawiewało nieźle a kółko w miarę płaskie jak ta teresa, z naciskiem nią w miarę jak ciciolina. nie żeby jakaś góra-dół od razu wielka, ale jak się jest na ostrzu brzytwy to i każdy ockham zaczyna przeszkadzać.

zaczynam za szybko (wiadomo), jest lekko w dół i pierwsze sto, dwieście metrów lecę poniżej 3;40 więc wstrzymuje spokojnie konie, bo widzę, że tych sań to nie uciągną po piasku i stabilizuję się na tempie 3:50 ale za chwilę zakręt, lekko pod górę i wiatr w ryj zaczynają trzymać mnie na około 4:01-03. no teoretycznie mógłbym to trochę podciągnąć żwawiej, ale do końca daleko, a miał być to trening LT, więc nie widzę powodu robić z tego czegoś innego a już na pewno nie ma siły na zawody a i tak jak widać po czasach zakładanych/zrobionych było to zdecydowanie za szybko. postanawiam w takim razie, skrócić całość do 20 minut, ale nie odpuszczać tempa i lecę powiedzmy, że „spokojnie” tylko z niewielkim obłędem w oczach kolejną pętelkę 1400 metrową. idzie trudno ale wykonanie. jack daniels posikałby się ze szczęścia jakby miał możliwość skonfrontować mojego samopoczucia z tym co on pisze, jak ma wyglądać taki trening w swojej książce. wypisz wybiegaj, ideał. do końca już niecałe 1200 i znów bardzo niewielkie wzniesienie na asfalcie plus wiatr, który robi robotę i kolejny raz tempo spada pod około cztery zero, tyle chociaż mojego, iż wiem, że zaraz końcówka, więc tym razem za bardzo nie odpuszczam i ciągnę to do końca, jakkolwiek by to nie brzmiało.

w te 20minut wyjszło 5140m więc tempo jakieś -stryd i finalusrge pokazuje 3:53/ garmin i strava 3:54 więc przyjmijmy te 3:54 co i tak jest moim rekordem na 5km o jakiś 8 lat ? a 6ciu na 100%

do tego tętno, zajebiście niskie, bo dopiero pod koniec wchodziło w tętno LT. pod koniec- to znaczy mam na myśli, jakieś ostatnie 3-4 minuty a tak większość z tego leciałem na Tętnie MP. średnia tętna tegoż, też to tętno M wyszło HRV 162. czad.

wiadomo, że odcinek był za krótki, żeby się dobrze rozkręcić, ale i tak był to to chyba dzień konia, a jak nie konia, to konika pony na pewno.

leciałem to wszystko w endorphinah pro i powiem wam, że no fajne te buty są, fajne. i uwaga będzie zaraz obiecany test. na początek i na zachętę, wrzucę trochę zdjęć gdyż jak powszechnie wiadomo, to będzie więcej niż 167tys słów.

klikać na fotografie to się będą duże robić, także osoby o słabszych nerwach, proszę się nie przestraszyć, że coś nagle robi się wielkie z małego. odwrotnie niż w życiu.

a teraz obiecany test butów Saucony Endoprhin Pro:

są zajębiste.

i po teście.

kolejne dni upływały na chciałoby się lekkim bieganiu. pobieganie w środę 8km ze względu na wiatr, w miarę spokojnie i powoli, chociaż wcale nie lekko, bo wiało. czwartek apogeum, od rana napierdalało w randomowych blokach, wiar/grad, grad/deszcz, deszcz/wiatr, słońce/wiatr, wiatr/wiatr, wiatr/wieje w chuj, pada/ leje kurwa jak z cepra, wiatr napierdala/wiatr napierdala, wieje/leje i tak można by w nieskończoność wymieniać co się działo, przez te 12 kilometrów, ale wiadomo, toż przecież mamy miesiąc maj, więc nie wiem czemu jestem zdziwiony tą pogodą.

btw będzie wtręt, pamietam za gówniarza w latach 80-tych miesiąc maj – jak pewnie 99% z mojego szlachetnego roczna 70tego i podobnych będzie się kojarzyć z pochodami. mi się kojarzy ze strzelaniem z procy w tulipany, brało się taki cieniutki drut najlepiej z elektrody chromoniklowej 1 lub 0.8 mm (ojciec się dziwił potem gdzie mu elektrody ginęły) owijało kolorowym kabelkami + gumki modelarskie i jako, że mieszkałem koło naprawdę wielkich połaciową, ogródków działkowych, to chodziło się z kumplami na te ogródki i waliło z procy w tulipany, tak, żeby ściąć łodygę z kwiatem a nie kielich.

mam na sumieniu setki takich bezbronnych istnień, zszargane nerwy działkowiczów i pewnie te wszelkie przepowiednie, żeby tego skurwesyna co to zrobił, chuj strzelił, całe życie mi się teraz spełniają. ale też pamiętam, słońce, słońce i jeszcze raz słońce z tego czasu, no ale wtedy nie było globalnego ocieplenia, a wysnuwanie wniosków, że tęsknie za pochodami pierwszo majowymi jest zdecydowanie przedwczesne. niemniej ciepło było, ciepło.

no więc w czwartek pogoda, nie była na rżnięcie tulipanów, wprost przeciwnie, a mimo tego udało się zrobić chyba rekord w tempie/pogoda/trasa/tętno bo coś koło 4:4:7 na Hrv 70% to naprawdę osiągnięcie. z drugiej strony piszą mądre ludzie, że jak przemęczenie nadchodzi tętno spada i cieżko się rozkręcić, więc możliwa jest i taka opcja, chociaż dla odmiany po wypoczynkowym, niebieganym piątku, sobota była biegana treningiem kolegi, niby nic specjalnego na te czasy być to powinno, w męczyłem się zdecydowanie za mocno jak na te tempo.

raptem 3x9min/5min po średnio 4:22 to powinno być, może nie kaszka z mleczkiem, ale dwa piwa po śniadaniu a tu nogi ciężkie, brak jakiejkolwiek chęci, wszystko z oporem, biegło się to po po prostu żle. wiem, że na takie dni, nie mam silnych, były, są i będą, ale nie lubię, nie lubię tej mocy/niemocy, tego zawieszenia miedzy fajnym bieganiem jak w czwartek a tym pokracznym wymuszaniem tempa jak dzisiaj. odfajkowane, zapomniane, ale treningowo, było to słabe, chociaż tętna niskie, no ale widać przemęczenie idzie szybciej, niż globalne ocieplenie.

w nagrodę winko potreningowe się należało, a że jeszcze upiekłem chałkę, to już w ogóle byłem pod kreską z kaloriami, węglami i epoką lodowcową.

oj nie chciało się wstawać ze zrana, po tym winku wczorajszym, ale mus, a nawet dwa musy były, pierwszy wczoraj- to zrobić transfuzję z czerwonych krwinek. wiadomo, doprowadzanie tlenu do mięśni najważniejsze, a nic tak dobrze na to nie robi, jak flaszka wytrawnego, a drugi dzisiaj, bo im szybciej wyjdę, tym mniej będzie wiało. a wiało i wiać miało mocniej i mocnej i mocniej.

także, 7;30 ubrał ja nowe kapcie i do boju rycerze, do boju. po wczorajszym samopoczuciu i dzisiejszym ważeniu nic nie nastrajało optymistycznie, ale plan B był taki jebać biedę i w razie czego kończyć szybko a potem się coś tam na blogu napisze, że tydzień był ciężki (nie był) że wiało (wiało), że w planie było easy long (był), że wina było za dużo wczoraj (było) i że w ogóle cienki jestem jak kuropatwa (prawda).

logistyka w bieganiu jest najważniejszą ze sztuk, szczególnie gdy ma się po drodze wiatr i nie całkiem płasko pod nogą, także pierw plan, jak to zrobić najmniejszym kosztem w porównaniu do płaskiego i lecimy swoje, a jak nie wyjdzie, to potem będziemy szukać wymówek.

no nogach endorphiny, odsyłam do testu powyżej raz jeszcze i lecę rozgrzewkę, niby nie jest cieżko ale nie zastanawiam się nad tym, bo trasa góra dół więc wysnuć jakaś hipnozę z tego trudno jest, niemniej wygląda na w miarę lekką nogę i po 2km z kawałkiem wdrapuje się na góreczkę lekką, coby zacząć pierwsze 3.2km zacząć w dół (400metrów) ale już z bocznym wiatrem, a potem po zakręcie, od razu wiater wiał i wiał i wiał. tempo od początku „spokojne”. w dół leci koło 3:55 ale po zakręcie i wiatrem pysk przychodzi w drogę do góry, potem w dół i tak do końca mieszana, ja wciąż nie wiem, gdzie jestem jak się czuję, no i co będzie dalej, więc jakoś tak na spokojnie, bez szarpania, kończę w @3:58 średnio pierwszego seta.

3 minuty easy i nadzień dobry zaczyna się zabawa, bo wiatr jak wiał w pysk tak wieje, a tu trzeba zacząć z około 2.5 km podbiegu na dzień dobry. nie wróży to jakiejś specjalnej zabawy, ale jak się zgodziło robić za psa to trzeba szczekać. zaczynam więc to jak ten pies z merdającym ogonem i o dziwo zaczyna to wchodzić łatwo. na początek mam na budziku ekran tylko z mocą ustawiony i staram się jej trzymać, ale jakoś niespecjalnie to idzie, chociaż generalnie próbuje jako tako, pilnować zakresu, niemniej ta górka nie za bardzo na to pozwala, sprawdzam tempo po dobrym kilometrze i wiedząc 4:21 na zegarku, jestem dość zdziwiony, że tak łatwo to wchodzi, szczególnie mając odczuciowo wczorajsze 4:22 w pamięci, no ale idzie lekko i powiedziałby, że jak na warunki przyjemnie.

kończę ten podbieg jebany (wciąż wieje w pysk) i wychodzi mi, że jak chcę (a chcę) zrobić te 3.2 na powrocie głównie z niego, to muszę zrobić w sumie 6km pod wiatr a tylko dwa Z. nic, za dużo nie rozmyślam, tym bardziej, że trasa przechodzi w lekko pofałdowano-płaską i spokojnie biegnę po 4;12/14 i nagle okazuje się, że mimo wiatru wciąż w ryj, zaczynam to odczuwać jak żwawszy trucht, jak to Jarek pisze easy+. tętno już wyższe, maratońskie, ale przecież i tempo jest w miarę przyzwoite, ale najbardziej cieszy wciąż brak dryfu tętna. kończę spokojnie, naprawdę spokojnie te 6 pod wiatr, robię nawrotkę i dwa swobodnie już, chociaż na powoli bolących mięsnych dopierdalam szybkim „truchtem” ostatnie dwa kilometry. odczuciowo wciąż jestem w lekkim zdziwieniu, jak to łatwo to wchodzi, ale wiadomo, młody ciagle zdziwiony.

kończę te 8km w średnio @4:15 no i co, pstro- zostaje 3.2, które to wiem, na 100%, że skończę w te 3;55-58 bo raz ponad dwa kilometry w dół, a dwa, że wiem jak się czuję i żeby chociaż wuj na wuju stał, nie da się tego spierdolić.

lecę, oczywiście zaczynam za szybko bo otwieram w 3:47 ale zaraz koryguje, postanawiam tylko swobodnie puścić nogę jak małolata na na polu u owsiaka i tak po prawdzie to te dwa km w dół przebomblowałem sobie na luzie, tętno 163 to jakiś śmiech na sali przez tem tempie w wchodzi średnio póki co 3:51. wiadomo, że w dół i z wiatrem, ale i tak żart panie, a nie bieganie, żart.

zaraz jednak lekko mnie po tym prostuje, bo zaczyna się już robić pod górkę, było słabiej a nawet mocniej pod, więc żeby lecieć tam w 3:59/4:0 to już musiałem serca włożyć, chociaż wciąż bez dramatu, ale zaczynam odczuwać trudy etapu. niemniej zostaje po ostatniej lekkiej podgórce jakieś 600 metrów powiedzmy, że płaskiego, a ja bez problemu mogę przyspieszyć do tych 3:44/6 coby skończyć całość w @3:51 średnio,

po 18km mam 4:16 średnie tempo i kurwa naprawdę jestem zadowolony, zostaje schłodzenie, na dzień dobry kilometr pod górkę wchodzi, nawet tego nie czuje, potem już lekko w dół i kończę.

20km w4:18 na średnim tętnie 156 co daje 81Hrmax. jestem kurwa zadowolony i to bardzo. kobyła jak ta lala wyszła, jeszcze do tego tej trasie i przy tych warunkach.

23 czerwca mój klub robi po raz n-ty (jedne z najstarszych wyścigów w UK) 5mil w parku birkenhead, biegałem to 2019 poszło jak poszło, dupy totalnie nie urwało, trasa jest trudna, 3 ciężkie podbiegi skończyłem to w 33;12. rok pózniej, pandemia i był już tylko virtual race, poleciałem tytułem eksperymentu na moc zalecaną przez stryda, w 33;22 tutaj jest wpis a co przyniesie rok ten zobaczymy, ale biegnę to z pełnego treningu, bez luzowania, i też na moc. zobaczymy.

czuj, czuj, czytaj.

cichykot Opublikowane przez:

Jeden komentarz

  1. Anonim
    23 maja, 2021
    Reply

    😀😀😀😀👍

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.