67 srok w garści

a wróbel ciagle na dachu.

poniedziałek wolne po niedzielnej kobyle, aczkolwiek nie wolne od pracy, więc nogi sobie „rozchodziłem ” elegancko i gotowy byłem na wtorkowe 15×20″/1min wolno , problemem jednak okazał się jak zwykle, no nie zgadniecie, nie zgadniecie.

także musiałem sobie odpuścić trening w ogóle, żeby nie piłować w 40/h wiejącym w pysk i dopiero w środę zrobiłem te stridesy. weszło dobrze w tyłek, jak zawsze przy takim treningu. znalazłem sobie zasłonięty kawałek od wiatru, bardzo delikatnie w dół i naparzałem na te 95-99% mocy. nie wiem jakie tempo tego było, stryd ze swoim lagiem pokazał @3;20 średnio, ale jak zwykle to bez większego znaczenia, najważniejsze, że było zrobione uczciwie, na tyle uczciwie, że tętno rosło jak malowane z każdym powtórzeniem i dobiło przy ostatniem do 167 więc już samo to świadczy, że nie było to jedne piwko do śniadanka i tylko na papierze, to wygląda wszystko na phi co tu biegać.

było, było co biegać i na dzień kolejny, nawet mi do głowy nie przyszło zrobić nic innego z planu tylko potruchtałem sobie na spokojnie 9 km.

odcięło mnie zresztą na tym truchtaniu całkowicie od wszystkiego i tak podle, to ja się dawno nie czułem na treningu. być może, a raczej na na pewno to konsekwencja cięcia do dopuszczalnego poziomu węglowodanów ale znowu to temat na kolejny duży wpis, który powinen pojawić się niebawem.

faktu, nie zmienia, że biegło się źle, słabo, fatalnie i do dupy. jedyne co mnie pocieszyło, że nawet przy takim odcięciu, weszło to w 4:57 na tętnie 127, ale miłe to nie było. no nie było.

piątek odpuściłem z bieganiem, ale nie z cięciem węgli i to był najprawdopodobniej duży błąd jak nie guźdż do wieka. wyszło raptem 80 gram na dzień cały a dodatkowo nałaziłem się w fabryce ponad normę, generalnie weszło ponad 18 tysięcy kroków i tez pewnie trochę tych węgli dodatkowo te kroki połknęły.

sobotę co prawda, na dwie godziny przed treningiem wciągnąłem owsiankę z cranberriesem, a potem dodatkowo 2 miarki Vitargo weszły na 30 min przed, ale i tak było to myślę, za późno wszystko. jak to mówią, musztarda po obiedzie. tak mi się wydaje, ale nie jestem fizjologiem, ani nawet fizjonomiem, więc mogę być w mylnym błędzie, chociaż, przypuszczam, iż wątpię.

w planie 6×1600 na 3 minuty tempa docelowego czyli kurwa jakiego ? bo ja wciąż nie wiem jakie jest te docelowe, no ale założyłem, że powinno to jakoś wejść w te zakładane 3;52 czyli na czas 38;30 w który to powiedzmy, że celuję.

początkowo miałem lecieć to nad morzem, ale wyszło, że wiatr będzie prostopadły do trasy więc kicha już na starcie, bo będzie ciagle w pysk w każdą stronę, więc chciał nie chciał musiał do parku, a tam pętla wiadomo leciutko pofałdowana i standardowo odcinek prostej pod „górkę” z wiatrem w pysk. no ale jest jak jest.

pierwsze 1600 zaczynam zdecydowanie za szybko, początek jest leciutko w dół i po 400 metrach mam 3;36 średnio. hola, hola, hold your horses myślę i zwalniam spokojnie z metra na metr, niemniej biegnie się to luźno i wchodzi w 3;47. fajnie ale wiem, że to dopiero pierwsza i, że na pewno za szybko. druga wchodzi w 3;48 odczuci owo wciąż nie najgorzej, ale wiem, że znów za szybko trochę. trzecie 1600 zaczyna się robić lekko wymagające, wiatr zaczyna męczyć, już nie jest tak miło i przyjemnie ale kończę w 3;51 i wiem, że teraz zacznie się walka. czwarte ciężko, naprawdę ciężko, niemniej zamykam w planowanym 3:52 ale 3 minuty przerwy już nie truchtam, tylko pierwsze 30-40 sekund idę co naprawdę rzadko mi się zdarza. zostaję dwie do końca, otwieram piąta znów za szybko, coś koło 3:42 szybko jednak schodzę do docelowego tempa i już na odcięciu kończę w 3;52 średnio. tętno podchodzi jednak już pod 176 a ja czuje, że koniec, że nie widzę sensu piłować szóstej, bo nie skończę jej w 3;52 a 3;55-57 to nie wynik, i lepiej zrobić jedna mniej niż katować się do końca. całe 5 wchodzi średnio w 3;50 więc całkiem fajnie, ale no byłoby pięknie gdyby weszło całe, planowane sześć, a tak.. .wciąż te ale wisi w powietrzu, jak zadra w dupie.

myślę, że jakbym walnął normalną porcje węgli dzień przed by było lepiej, żeby nie wiatr by było lepiej, na stadionie by było lepiej, ale było jak było a reszta to domniemania niewinności.

trening jednak uważam za zdecydowanie udany, włożyłem w niego dużo serca i był to jedne z najcięższych treningów jakie zrobiłem. tempa fajne i mam nadzieje, że przełoży się to na zawody.

jeżeli jednak wydawało mi się, iż było cieżko to wydawało mi się tylko, gdyż ponieważ niedzielne bieganie pokazało mi co znaczy, czuć się jak wrak a biegać trzeba. w planie long, ale nogi miałem tak zarąbane po sobocie, że stwierdziłem, iż jedyne wyjście, klin klinem i powtórzyć tytułem eksperymentu trening z zeszłego tygodnia czyli 3.2+8km+3.2km.

o głupi ja, już na starcie ledwo nogami ruszałem i czułem sobotnie bieganie, czułem zdecydowanie, wiedziałem, że o ile cokolwiek udźwigną to udźwigną wolniej. do tego z dnia nadzień zrobiły mi się nagle afrykańskie upały i mimo, że wyszedłem dobrze przed dziewiątą rano to słońce już prażyło konkretnie. tym jednak miałem się martwić pózniej, póki co byłem załamany rozgrzewką bo wlokłem się jak po zderzeniu z pociągiem, tętno wysokie, tempo wprost przeciwnie, samopoczucie zdecydowanie gorsze niż w zeszłym tygodniu, ale nic, – co ma być to będzie, pomyślałem i zaczynam pierwsze dwie mile tempa z dość wyraźnego zbiegu. mam tego zbiegu ze 300-400 metrów, ale pozwala to może nie tle co nadrobić tempo, ale zacząć na spokojnie a szybko i wchodzić spokojnie na obroty.

lecę na dzień dobry po te 3:53/4 co mnie cieszy, bo nie czuje tego tempa, na płaskim koło 3;56/7 i jest fajnie, ale zakręt w prawo ostry i dostaje wiatrem w pysk i wiać tak będzie w ryj kolejne osiem kilometrów. do tego zaczyna się podbieg długi męczący ponad 600metrowy, niby nie mocny 1/2 % ale wraz z tym wiatrem i sobotą w nogach tempo od razu spada do 4:02/04 momentami tam gdzie najgorzej pod górkę i 4;10 się robi a ja czuje, że będzie to ciężki trening oj będzie.

na szczęście po połowie robi się dość mocno w dół a pole już do samego końca w miarę płasko, niemniej te 3;56/58 i kończę pierwsze 3.2 km w 4:0/ średnio. czuje, że najlepsze dopiero przede mną bo po 3minutach easy zaczynam 8km 2 zakresu. na dzień dobry akurat mam 2kilometrowy podbieg z wiatrem w twarz i nie jest to miłe doświadczenie. zaczynam spokojnie na zaplanowaną moc, jest cieżko ale idzie i jakoś wdrapuje się mozolnie pod ta górkę coś koło 4;22/23 średnio. potem już w „sumie płasko” ot jak to mnie, pofalowane, ale bez wyraźniego podbiegu, niemniej nic mi się nie poprawia, no może tylko tempo rośnie, ale tętno też. dobijam momentami do 167 ale też i po płaskim „bez problemu” lecę po te 4;12-14 niemniej dłuży się to wszystko niemiłosiernie a dochodzi kolejny przeciwnik -słońce. a te smali jak w somali i odpuścić nie chce.

lecę jednak swoje i modlę się o piąty kilometr tempa, bo wtedy już będzie nawrotka i z powrotem generalnie w dół i z wiatrem. jest w końcu, zawracam i wydaje mi się, że powinno pójść już lepiej, ale nie idzie. zmęczenie zaczyna się kumulować, i mimo, iż na płaskich fragmentach bez problemu lecę po te 4;14 to lekki podbieg dramatycznie mnie zwalnia do 4;22-28 zależy od konfiguracji. ale brnę w sumie już bez dalszego dryfu tętna, chociaż te w wuj wysokie bo coś koło 167 czyli tuż pod progiem LT. dobijam w końcu do 8mego kilometra i kończę całość w 4;19 średnio ale powoli mam serdecznie dość a tu jeszcze 3.2. niby większość z górki, do tego z górki w dół, ale mój optymizm wyczerpał się wraz z patelnia w powietrzu i słońcem wysysającym siły. 3 minuty truchtu i lecę. jako, że jest w dół bez problemy zbiegam w te 3:56 ale z każdym metrem siło coraz mnie i po kilometrze wiem, ze jak dobije do tych 3.2 kilometra, to albo mnie nie będzie, albo będzie to w 4;10 więc postanawiam zrobić tylko 1600metrów, ale trzymać tempo i faktycznie kończę w 3;56 i mam dość wszystkiego a tu jeszcze prawie 4 kilometry powrotu do domu. staje chwilę złapać powietrze, zdejmuję całkiem koszulkę i po jakiejś minucie zaczynam truchtać do domu.

czeka mnie jeszcze prawie kilometrowy podbieg ale jakoś generalnie to idzie i mimo zarąbiania najgorsze podbiegam w 4:55 i zbliżam się do otwartej knajpy kilometr od domu, gdzie staczam heroiczna walkę sam ze sobą, wejść na browara czy nie. żebym był mniej zmęczony, wszedłem, ale tak, to odpuściłem, chociaż decyzja ta mnie więcej zdrowia kosztowała niż cały ten trening 😁😁😁

całość wyszła 19.5km w 4;28 co biorąc pod uwagę sobotę jest naprawdę niezłym wynikiem.

teraz pytanie czy to miało sens? według mnie miało, szczególnie jako trening do maratonu i mam zamiar zrobić jeszcze podobne dwudniówki kilka razy, ale dopiero pod trening do maratonu właśnie. teraz już coraz mniej czasu na eksperymenty i coraz ścisłej zamierzam się trzymać planu tym bardziej, że najgorsze 3-4 tygodnie przede mną a 18 lipca start docelowy Chester 10km .

czuj czuj, czytaj.

cichykot Opublikowane przez:

Bądź pierwszą osobą, która zostawi swój komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.