prząśniczki

Endurance Long 20.4 km

dwa dni było biegane spokojnie, w czwartek 15km, bardzo miło i spokojnie, a wczoraj na 8 kilometrach się męczyłem masakrycznie. być może to efekt ucinania węgli w dni nietreningowe, być może niemniej, dawno nie miałem już takiego zjazdu, wiatr co wiał koło 40/h w niczym nie ułatwiał sprawy, ale to jakby nie stanowi, bo na samopoczucie wpływu nie miał.

kiedyś jak eksperymentowałem z ketozą, czułem się podobnie. wczoraj wieczorem podładowałem węgle, ba pozwoliłem sobie nawet na dwa piwa ale rano czułem, że je piłem. dwa piwa po 4% ech…widać jednak ciężkie bieganie i piwo to słabe połączenie u mnie. no cóż ostatnimi czasy jak wypiję ze 4 piwa w miesiącu to i tak dość, widać się odzwyczaiłem. szkoda, że od jedzenia nie potrafię się tak odzwyczaić, ale walka trwa i w tym temacie.

jako, że wieje czyli standard i wieje akurat tak, że standardowo pierwsze 10km miałbym w plecy a z powrotem idealnie w pysk, postanowiłem, że pobiegam po pętli. miałem nadzieję, że pozwoli to łatwiej na kontrolę tętna, bo mimo, że mam nowego stryda „wind” który w teorii powinien kompensować wiatr, w praktyce owszem pokazuje jak wiało ale po treningu, podczas biegania, coś tam moc skacze jak zawieje, ale na pewnie nie sprawdza się to w 100% ani w 80, czy nawet 60. może 40% co pokazuje, nie raz zauważyłem, że wieje w pysk tak, że powieki wywraca na drugą stronę, a moc zmienia się o 2-3 w. no cóż trzeba się z tym pogodzić i umieć sobie radzić, więc dzisiaj stwierdziłem, biegnę na kombinację moc/tętno ( najlepiej nie wychodzić za drugi zakres czyli 153 czyli nuda teoretycznie, ale nie znaczy to, że łatwa nuda. oj co to to nie.

cały tydzień w nogach siedzi, a do tego biegane było bez dna przerwy więc zapowiadało się ciężko, w razie złego, postanowiłem skrócić nawet do 14 kilometrów, bo i tak mam swoje tygodniowe wybiegane, więc co miało być- to będzie i tak.

a poszło dobrze, nawet bardzo dobrze i jestem z biegu zadowolony. wiatr co prawda humor psuł od razu po wyjściu z domu, ale nastawiłem się na wersję nudno i spokojnie zaliczanie kółek i w słuchawki poszło słuchowisko a nie muza. czyli lecimy wersję „recovery”

wszystko starałem się biec około 270 watt, nie nakręcałem się tempem, zresztą jak pisałem, mam tylko chwilowe na wyświetlaczu więc ciężko coś wywnioskować, bardziej interesowało mnie tętno, a te cały czas było w bardzo akceptowalnych wartościach. wiatr maiłem w pysk jak było bardziej z w dół, a pod górę w plecy, wiało całkiem, całkiem w porywach myślę więcej 30, ale cholera go wie tak naprawdę, bo ja już się z lekka na to znieczuliłem. wyglądało to tak, że przy tej samem mocy, szybsze kółka były pod górkę niż tez pod wiatr z górki. a i odczuciowo zdecydowanie lżej się biegło pod. taka sytuacja. zresztą o dziwo, dziś stryd postanowił zrobić mi na złość i nawet nieźle ten wiatr pokazywał, wrzucam screena na dole z tego. wyglądało to tak, że biegnę se pod tą górkę po około 270watt lekko zakręcam ostrym rogalem o 180stopni i mimo, że zaczyna się z górki na końcu wzniesienia, dostaję wiatrem w pysk i moc skacze do 290 raz nawet 303 zobaczyłem, bez jakiegokolwiek przyspieszania. taka to kurwa ten wiatr jest proszę ja was. także trochę to wszytsko skakało, trochę na wyczucie, trochę na tętno i tak pchałem ten wózek z kilometra na kilometr.

dwa razy stanąłem na chwilę, raz wziąć łyczka wody, bo skoro biegam po pętli postawiłem sobie butelkę na skrzynce z prądem, potem wodę z żelem, wcale nie musiałem, czułem się dobrze, ale biorę jednego żela na długie wybiagania, po co sobie mam utrudniać i tak zapierdalam wystarczająco ciężko, aaa no i był trzeci przestanek, przy wyjściu z hurtowni znajomego polaka z pracy spotkałem, o kulach był, więc słów kilkanaście zamieniłem, co się stało. nogę se wózkiem wysokiego składowania przygniótł się okazało. no ale te przerwy, jakby ich nie było i bez znaczenia dla treningu.

całość wyszła 4:49/273 watt/145bmp/na wuj jeden wie ile do góry, bo garmin dziś totalne bzdury pokazywał, wyszło mu 546metrów do góry hahaha, ale stryd też nie lepszy, też się pięknie rozjebał, na wykresie widać zresztą, że na tym samym odcinku, niemniej wysokość wziął nie wiem z czego, chyba z książki telefonicznej bo 193 metry pokazał. przebiegłem 10 pętli, którą liczę jakieś 10 metrów up, dobieg powrót może 30-40 więcej, więc max 140 a nie 540.

jeszcze słów parę miałem napisać w temacie stref tętna wg garmina, ale widzę, że to jednak tema na dłuższy wpis i rozważania więc w najbliższej przyszłości to zrobię.

może nawet zrobię to w osobnym dziale, żeby wisiało gdzieś bez szukania.

tutaj ten wiat strydowy, chcesz powiększyć kliknij na dolną krawędź obrazka.

a tutaj jak zwykle do pooglądania Garmin, Strava

tydzień zamknięty prawie 74km

cichykot Opublikowane przez:

Jeden komentarz

  1. Fenix7
    23 lipca, 2020
    Reply

    Ty chyba chcesz koty zabić smrodem z butów -)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.