lato w mieście

żar z nieba który zaczął się w zeszłym tygodniu, w sumie nie odpuszczał cały tydzień i o ile nie mam nic przeciwko- w końcu takiej pogodzie, to jednak na bieganie to słabe jest trochę. no ale co jest dobre na bieganie? wiatr, nie, gorąco też nie, zimno tak sobie, no ciągle w plecy, nawet jak dupa z tyłu. chciał nie chciał więc, i tak trzeba było swoje robić i zasuwać.

jako, że urlopu wpadło dwa tygodnie, to pogoda generalnie nie przeszkadza, bo jak nie teraz ma grzać to kiedy? a do tego można biegać codziennie, chociaż w miarę rozsądnie z kilometrami bo treningi same w sobie są wystarczająco ciężkie.

poniedziałek, środę, piątek, sobotę patataje niewarte większej wzmianki, od swobodnie 8-10km rozbiegania, tak tylko co by kilometrów trochę porobić i nogę przemasować. starałem się w miarę z rana, coby uciekać od tych upałów, nie zawsze się jednak udawało. ale co zrobić, mus było i jak zawsze, chciał nie chciał, musiał.

we wtorek nie miałem pomysłu na siebie, noga jeszcze ciężką po niedzieli a w czwartek miałem mieć dobrą siekierezadę w planie, więc tak z pewną dozą nieśmiałości postanowiłem sobie pobiegać z kumplem, on latał test 30min luźno w trupa, ja postanowiłem zrobić 4x1400m/2min Threshold.

czemu akurat 1400m ? a bo pętla takowoż, dystansem długa akurat była pod nogą i taka jakoś optycznie, nie za krótka ale też i nie kobylasta. no w sam raz taka na przetarcie. no cztery przetarcia,

pierwsze koło falstart zrobiłem, nie zauważyłem, że mi się ekran przełączył na budziku, na ten ze statystykami i po 20 sekundach stanęłam, wróciłem się, ale zaraz zaskoczyłem, że jednak trening leci, tylko ja nieogarnięty i rura nadrabiać (bez sensu) te stracone sekundy. średnia z niego wyszła 4.0/km ale oczywiście było parę sekund szybciej.

dwie minuty przerwy i kolejne trzy na też dwuminutowych przerwach, mimo, że nie wchodziły jakoś specjalnie luźno to delikatnie żwawiej 3:57/56/i 55 ostatnia. nie były na tyle długie, żeby się umęczyć a tempo wchodziło, nawet nie to że bezbolesnie, bo by za fajnie było, ale wchodziło.

z drugiej strony, jeszcze w zeszłym roku piałbym z zachwytu nad takim treningiem, może nie o skalę trudności oczywiście chodzi, bo biegałem dużo cięższe jednostki, ale po prostu o styl w jakim to wchodzi. póki co na umęczonych nogach poniedzielnych, i generalnie niewypoczęty ja, wciąż na redukcji węglowodanów, a jednak wchodzi bez problemu takie bieganie.

czwartek, konkret, przynajmniej dla mnie. trening zapowiadał się już na papierze interesująco 10x1km crusie intervals /200 m (1 minuta przerwy wychodziła). czyli żwawiej niż Threshold, ale jeszcze nie tempo docelowe.

z rozpiski, wychodziło mi miedzy 3:54 a 57 i nie powiem, naprawdę z szacunkiem podeszłem do tematu, tym bardziej, że nigdy w życiu nie biegałem 10x1km na treningu a co tu mówić jeszcze o takich krótkich przerwach.

długo się wahałem, gdzie to biegać, stadion zajęty dla grupy, może bym się jakoś wcisnął ale tyle co otworzyli i jeszcze straszna tam zadyma z ludźmi, nad morzem odpadało, bo wiało poprzecznie do promenady, więc ciagle wiatr w ryj byłby, chociaż relatywnie płasko, został więc standardowo park z pętelka 1200m.

ja nie wiem, co ja mam z głową, ale nie pomny wtorku, znów zapomniałem przestawić rozgrzewkę na lapa i dobrze, że już ustawiałem się woli na starcie, kiedy zobaczyłem na wyświetlaczy, że już od 3 sekund leci mi okrążenie.

poleciał i ja.

dzień poprzedni objadłem się węgli, chyba nawet dużo za dużo, bo rano byłem dwa kg cięższy( nagle, bez żadnego ostrzyżenia) i czuć było te dwa kg. ja rozumiem, że to woda z połączeniu z glikogenem i nawet mnie to za mocno nie zmartwiło, ale myślę, że kg by starczyło.

cieżko jednak z faktami dyskutować a ja byłem właśnie w trakcie pierwszego kilometra i spóźniony o te 3 sekundy był w 3;54 czyli 3:51 faktycznie.

pierwszy jak to pierwszy, ciężko coś powiedzieć, oprócz tego, że czułem się nie wiadomo jak. ociężały na pewno i co dalej zobaczymy. kombinuje jak biegać, gdzie zaczynać, żeby jak najmniej mieć pod wiatr bo przeszkadza, nie wieje mocno, ale przy mocnych treningach to wszystko przeszkadza, nawet baletnica.

2 koło 3:56, trzecie 3:54 ja widzę, że powoli to jakoś iść zaczyna, ale lekko łatwo nie będzie. kolejne jednak wchodzą w 3:51, 3;52 no i szósta w 3:57 ale.

stado emerytów mi się na ścieżkę władowało skręciłem nie tak jak chciałem i nagle się okazało, iż mam przed sobą mostek z 6 schodkami. no i trzeba było wbiec i zbiec, a zrobiłem to ostrożnie, zebu się nie wypierdolić, nic nie naciągnąć, nadszarpnąć bo w moim wieku, to raczej już baki puszczać w fotelu a nie po schodach tempa biegać.

zaczyna się jednak robić powoli coraz ciężej, a planie było 8-10x1km więc kombinuję, że może będzie 8 w sam raz, bo te schody, ten wiek, ten coraz mocniejszy, nie za wiele, ale jednak coraz mocniejszy wiatr i dociągam do ósmego 3L53 i 3:54 bodajże i postanawiam jeszcze jednego zrobić, ale na spokojnie bez szarpania. no jak na spokojnie bez szarpania, to wchodzi w 3:51 a ja mimo, że na drugie mam „miękka faja” dobijam już do tych 10ciu, ale naprawdę na spokojnie to lecę, co owocuje kolejnym, 3:51.

tu nachodzi mnie konkluzja, na wuja się tak szarpać na te 3:54, skoro luźno można biegać po 3:51? no nie wiem, jakoś to przekracza moje zdolności poznawcze i percepcyjne.

na dobicie od razu po ostatniej minucie, 3×200/200 i to dopiero poczułem, aczkolwiek przy trzecim powtórzeniu, zaczęło mi się biec relatywnie lekko i weszło najszybsze coś koło 3:38 widać znów biegłem na luzie.

ciężka konkretna robota, ale wyszedłem z niej na tarczy, całość średnio zamknęła się w 3:53.

piątek, sobota wleczone, aby tylko kilometry wyrabiać, też nie za dużo, jak pisałem 8 i 10km i niedziela postanowiłem, znój doje bac sobie na plecy powtórkę z zeszłego tygodnia, ale w cięższej wersji, bo jednak byłem „zdecydowanie bardziej”wypoczęty co nie znaczy, że byłem zregenerowany.

przypięty byłem do ziemi przez te kilometrówki i czułem, że niespecjalnie gotowy do ciężkiego akcentu, ale jak zawsze, mus był więc w planie lekko rozszerzony set z zeszłego tygodnia.

4km na moc LT+6kmna TM+4kmLT .

zaczynam z lekkiej górki pierwsze 40ometrów tempa i patrzę na zagarek a tu raptem 4:0 tempo no ale widać szybciej nie będzie, trudno, lecę swoje i zaczyna się dobre 800metrów pod już widoczne na asfalcie wzniesienie z 1-2% a tu tempo średnie z całości robi się 3:57 a ja pod ta górkę bez problemu to trzymam, zaraz potem kolejne kilkaset metrów zbiegu, jako tak płasko i zaczyna się ostatnie 600 metrów już ewidentnie pod górkę coś koło 3-4% jak nie lepiej.

postanawiam lekko przycisnąć nogę żeby nie tracić za dużo i tak jakoś nagle pod tą górkę widzę, że zapierdalam już w 3;47. i dobrze się biegnie. ale wiem, że zaraz koniec pierwszej części ale górki niekoniecznie, więc zdecydowanie zwalniam i kończę całość średnio w 3:56 pierwsze 4kilometry.

trzy minuty w truchcie i lecimy 6kilmetrów TM, zaczynam pod górkę cały czas ( ma ona ponad 2.5km) i dobry kilometr jeszcze mi pod nią wchodzi i mimo, że jakoś nie mam problemu z utrzymaniem pod nią 4;15 to tętno robi się okno wysokie, bo zaczyna podchodzić pod LT.

niedobrze, ale nie czuję tego jakoś specjalnie i lecę w „miarę swobodnie” kolejne 3 km żeby zabić nawrotkę do domu. robi się ciężkawo, a do tego dostaje wiatrem w pysk na powrocie i o ile po 4:18 biegnie i się swobodnie, ot tlenowe bieganie, żwawszy trucht, tak już po 4:15 trzeba włożyć siebie trochę w to tempo. summa summarów 6km wchodzi średnio w 4:14 ale czuję już powoli, że ostatnie 4km tempa będzie konkretnym wyzwaniem.

pociesza mnie to, że pierwszy km z górki, którą niedawno podbiegałem, więc jakoś te 3:57 uciągnę. nie jest lekko, bo wiatr mimo, że nie jakiś specjalnie mocny, to w połączeń ze zmęczeniem robi swoje i te 3:56 to jest wszystko co mogę zrobić, bez piłowania. trasa jednak zaczyna się robić nierówna, bo przez roboty drogowe odbijam w inną drogę i to mnie gubi, bo jest duże siodełko i dostaję wiatrem już konkretnie w pysk i nagle pod górkę ledwo trzymam 4:03 i czuje, że nie ma szans na dobicie do 4 km z założonym tempem. nie w tych warunkach.

dociągam więc do 3 ciego i kończę te 3km w 3:57 ale to już na oparach, ale jeszcze bez charczenia, zdychania. już po bardziej, ale jeszcze po tej dobre stronie.

zostaje dotruchtać 3km do domu i wychodzi całe 19km po 4;22 średnio,

i to na tyle opowieści z mru i paproci na dzisiaj.

czuj czuj, czytaj.

cichykot Opublikowane przez:

2 komentarze

  1. sultangurde
    8 czerwca, 2021
    Reply

    No 30 minut luźno w trupa to moja ulubiona jednostka 😀

  2. Anonim
    8 czerwca, 2021
    Reply

    znam zycie 🙂

Skomentuj sultangurde Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.