klamerki

czas zrobić podsumowanie i spiąć to wszystko tym drobnymi tytułowymi klamerkami. za tydzień start i już nic więcej się nie dobiega i mimo, że nie nastawiam się na cokolwiek to od dawien dawna a być może nawet pierwszy raz w życiu udało mi się prawie zrealizować cały plan od A-Z

piszę prawie, bo nie byłbym sobą gdybym czegoś nie zmieniał nie kombinował, niemniej w tym wypadku powiedzmy, że jedyna kombinacja jaka była to dowalanie do planu ciężkich niedziel zamiast spokojnych wybiegam lub ewentualnie spokojnych z lekkimi przyspieszeniami pod koniec.

u mnie były to hardkorowe treningi, czasem po ciężkich sobotach ale wszystko to było robione raczej z myślą treningu pod maraton a nie startem pod 10km, który notabene miał być na początku marca a nie za tydzień.

co się tam nabiega lub nie za tydzień nie jest już takie ważne, bo dużo ważniejsze jest dla mnie na jakim poziomie lub etapie raz jestem.

zaczynałem praktycznie od zera 6 listopada po Covidzie, które przeszedłem dość lekko, niemniej start był ciężki. 40min po 5:15 na tętnie średnim 155 to teraz jakaś abstrakcja. również było mnie, obywatela zdecydowanie więcej na świecie. w listopadzie ważyłem jeszcze jak młody tucznik koło 74kg aktualnie dzisiaj po wczorajszym winie i treningu- rano na wadze było 65.1kg. te 65 to zaraz podskoczy, niemniej na ta chwilę jest to od jakiegoś miesiąca coś koło 66-67 kg, wiadomo jak tam dzień. niemniej jak ta beczka byłem a teraz już jest nieźle chociaż jeszcze ze 2-4 chciałbym zrzucić.

11 tygodni ciężkiej orki przyniosło efekty tak na wadze jak i na przelotowych tempach, di dzisiejszego poranka udało się również nie złapać żadnej kontuzji i w ustanowić dwa mierzalne PB.

10km nabiegane w samotnym treningu w 39;17 oraz ostatnie 5km o którym za chwilę trochę więcej w 19:06.

tydzień zeszły jednak zaczął się od 6-8×800/400metrów w planie. nastawiony byłem bojowo na 8 powtórzeń, ale zdechłem po sześciu i stwierdziłem, że skoro mam widełki to nie ma co kombinować.

zrąbany byłem całym dniem łażeniem w robocie, do tego gorąc może nie taki niemożebny jak w kraju, ale i tu na wyspach też parę dni było dobrze grzane, plus standardowo wiatr.

nogi miałem tak drewniane, że jak zacząłem pierwsze powtórzenie, a nie miałem ani chęci ani ochoty na jakieś rytmy chociaż przed, więc jak zacząłem pierwsze 200-300 metrow, to jakby na szczudłach biegł. tak się czułem fatalnie drewniane, że chciałem przerwać trening bo wydawało mi się, że ledwo po 6 zero biegnę ale po spojrzeniu na cebulę okazało się ze lecę 3:37 i zapaliła się lampka od razu, hola hola, wstrzymaj konie. skończyłem w 3:41 i chyba też za szybko. kolejne 5 podobnie całość weszła też w 3:41 średnio, ale wszystko na słabych drewnianych) nogach i generalnie trening był na zaliczenie, żadnej radości ani przyjemności. orka na ugorze, nic więcej.

potem dwa razy patataj i przyszła niedziela. a w niedzielę w planie stało 3-7 km tempa docelowego czyli powiedzmy, że jakieś 3:52/3 być to powinno. być powinno być powinno, wszystko być powinno a było jak było. nastawiony byłem na jakieś 6-7km ale standardowo, nie dałem rady wstrzymać rumaków na starcie i pierwszego km zamykałem chyba w 3:47 no i jakoś tak się potoczyło to wszystko, że w okolicach trzeciego kilometra było 3:49 średnio na zegarku a ja coraz słabszy, ale wiedziałem, że do tego piątego kilometra to dociągnę raczej w tym tempie więc postanowiłem grzać temat do końca czyli do tego 5tego kilometra. trasa była jak to u mnie w parku lekko pofalowaną, bardzo nieprzyjemne krótkie hopki, fatalnie wybijające z rytmu i odbierające chęci do wszystkiego i tą sekundę na kilometr zaczęło tempo spadać, niemniej zebrałem się jakoś w sobie i mimo, że było leciutko pod górkę i leciutko pod wiatr docisnąłem ostatnie 600 metrów. długi finisz w okolicach 3:40 przemielił mnie dokumentnie i całkowicie, niemniej zamknąłem całe 5km w 19:06 co jest nowym PB na tym dystansie i znów kolejny samotny bieg treningowy, więc nie oszukujmy się ze słabą motywacją.

żal trochę tylko, że od początku nie nastawiłem się na „tylko” 5 bo te 19 minut byłoby wtedy do złamania. no ale nie szkoda róż, gdy płonie las a na heroda to ja wciąż za młody jestem.

no zapomniałby, prawie, 5min poczekała po tej piątce na kumpla i zrobiłem sobie 2km na spokojnie w 4:14 w sumie to progresywnie od $;28 do 4:06 bo jeszcze z nim chciałem jego kawałek tresholdu przelecieć, ale kompletnie za wolno mi było i naprawdę luźno i spokojnie te 2km sobie jebłem na koniec.

i znów patataje, lepsze gorsze były w kolejnym, zeszłym tygodniu i znów sobota i kolejny ostatni już trening solidny przede mną.

3x3km T10/5min przerwy. na papierze fajnie, ale w rzeczywistości małe a może i nawet duże świniobicie. było co biegać.

pierwsze trzy km poszły jeszcze w miarę gładko, powiedzmy, w te 3:51 średnio na kilometr ale czułem już, że to nie jest mój dzień. dodatkowo strasznie duszno na podwórku, mimo, iż starałem się w miarę z rana czyli jakoś 8;30 wystartować to płynąłem w sosie własnym od samego startu.

druga trójka zaczęła się słabo, po kilometrze już, zaczęłam szukać wymówek, żeby skończyć już na tej drugiej, jakoś leciałem siłą rozpędu i woli, tętno zaczęło się robić prawdziwym tętnem T10 dawno niewiedzianym czyli koło 175-1756 co w sumie cieszy akurat, bo dawno nie wkręcałem się na takie obroty,

niemniej łeb nie chciał współpracować, wymówki za to znajdywały się coraz lepsze ale jakoś te 3:49 do 2 km szło i to mnie trochę zdziwiło, stwierdziłem, ze w chuj za szybko do zakładanego, lekko zwolniłem i postanowiłem dociągnąć te 600 metrów do końca a tu się okazało, że ten koniec był za 20 metrów dosłownie.

nie wiem jak liczyłem w głowie, bo na zegarek nie patrzyłem, ale faktem jest, iż źle liczyłem i te 3 km szybciej mi się kończyły dużo niż myślałem i to mnie lekko postawiło na nogi.

trzecie koło zacząłem więc z myślą, ze może kilometr chociaż, potem, że dwa no i jakoś wymęczyłem po te 3:51 chyba pełne trzy, chociaż końcówkę już miałem serdecznie dość wszystkiego.

mało mnie jednak ten trening ucieszył, bo przerwy długie jak dniówka w fabryce, a ja słaby jak kuropatwa. nawet nie cieszy mnie to, że imo tej słabości, to najmocniejszy trening. życiu chyba, lub jedne z pierwszej trójki takowych myślę a piątki to już na 105%

zostało 4 dni do zawodów w momencie jak pisze te słowa, dzisiaj pobiegałem easy.

weszło 8km w 4:31 na średnim tętnie 141 więc garmiowski 2 zakres, więc easy.

żeby nie wiatr to bym powiedział, to było easy easy a tak było momentami moderate. niemniej dzień konia na zakończenie cyklu się trafił i zostaje życzyć sobie, żeby tak było też w niedzielę.

jutr zrobię wolne, w czwartek 6x1min/1min piątek wolne sobota 20min i niedziela co będzie to będzie. nie mam planów żadnych, trasa jest trudna, jak dojdzie wiatr to będzie walka o złamanie 40min. i nic mi to nie robi. jestem na ta chwilę, iz wiadomo chciałby się nabiegać sub39 ale zwisa mi to luźnym kalafiorem. ten start jest przystaniem tylko i to nieoczekiwanym na drodze do sub 3 w październiku, ale byłoby miło otwierać piwo z myślą, że dałem z siebie co mogłem na starcie.

do niedzieli.

czuj czuj, czytaj.

cichykot Opublikowane przez:

Jeden komentarz

  1. ziko303
    14 lipca, 2021
    Reply

    Powodzenia!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.