Łokcie

endurance run 15km ( 3kmTHM ) @4:41/280watt/154 aHr

postanowiłem nie robić dnia przerwy i cały tydzień zgodnie z założeniami zrobiłem dzień po dniu.

jedyną, ale dość istotną modyfikację jaką wprowadziłem to rezygnacja z nabijania kilometrów na biegach spokojnych, kosztem zwiększenia lekko, ale naprawdę lekko tempa. tzn zamiast 14 wleczonego zrobiłem 10 po 4:56 a wczoraj zamiast 10km zrobiłem 6 i starczyło.

tak sobie pomyślałem, że zasuwam i tak wystarczająco a kilometraż rzędu 66-76/tydzień w zupełności wystarczy, a jak nie wystarczy, to go najwyżej zabraknie. treningi będą robić się coraz bardziej absorbujące i ciężkie, ja staram się ciąć chociaż trochę kalorie i albo gdzieś odpuszczę, albo coś wyjdzie bokiem lub tyłem. także muszę ciąć trochę kilometry bo znów gdzieś się posypię. co prawda, można by przy tym cięciu biegać wolniej, ale chcę zrobić trochę tytułem eksperymentu. i te krótsze będę biegał raczej na tętno maks 2 zakres czyli endurance, ale idealnie byłoby końcówka 1 zakresu czyli do 144bmp.

dodatkowa za tydzień w czwartek, bez względu czy będzie padało, wiało, a znając życie, będzie jedno i drugie- pobiegnę sobie Virtual Race. mój klub organizuje od 1974 roku bieg w Birkenhead Park bieg na 5 mil.

startowałem w zeszłym roku, trasa ciężka, trudna, 3 długie podbiegi, średnia wyszła mi 4:07 a czas 33:12 ale zawsze to były realne zawody. teraz lecę tylko z kumplem, który raczej nie utrzyma tempa, ale trochę wyluzowania przed startem nie zaszkodzi. celem jest jak najbardziej zbliżenie się do 4/km ale będzie ciężko, te góreczki to po 4:15 jak pójdą to będzie bardzo dobrze, a podbiegi są ze 200 metrowe.

być może polecę to na moc tylko i wyłącznie i to też będzie ciekawy eksperyment. tak czy inaczej jako, że jeden tydzień mam dodatkowy w planie idealnie na sprawdzian, szczególnie, iż w przyszłym tygodniu w poniedziałek jest tam napisane 6×800, więc sobie wyostrzę. pobiegam myślę te osiemsetki na jakieś 90% żeby nie zarąbać nóg, wyluzuję dwa dni i rura.

ale to dopiero tydzień przyszły a a wracając do rzeczywistości. long jakościowy w planie, czyli bieganie w tempie endurance plus 15 min tempa połówki na końcu. postanowiłem biegać to promenadą nad morzem, miało dzisiaj za bardzo nie piździć a jednak jest tam najbardziej płasko w najbliższej okolicy. nie znaczy, że płasko, tak dobrze to nie ma, co 700-800 metrów są takie dość męczące hopki, nie wiem na jakiego grzyba porobione, ale widać czymś to umotywowane było. miałem już trochę dość kręcenia się w kółko jak chomik, po swojej „płaskiej” pętli tym bardziej, że kolejne jakościowe treningi znów tam trzeba będzie dłubać, więc „jebać wiatr” jak odpowiedział latawiec na pytanie czy mu się żona puszcza- biegamy nad morzem.

wstrzeliłem się akurat w okienko bezdeszczowe i powiedzmy, że bezwietrznie, z tymże, powiedzieć, iż nie wiało, to jak wierzyć alkoholikowi, iż szklanki wódki nie ma mu kto podać.

od rana nogi mniej więcej w stylu sycylijskiej mafii, model vito corleone II, no ale ja zawsze rano jak syn gepetta, a czasem i na popołudnie też to drewno się przenosi. to ten czas, kiedy człowiek już zaczyna się zastanawiać, kiedy napalą nim w kominku. no ale póki co, nie rzucim ziemi skąd nasz klub i po wsiegda budiet sonce. pierwsze kilometry wchodziły jak górnik do kopalni po weekendzie, i z podobną chęcią też.

bo też i początek był za szybko, wiatr w plecy, w miarę płasko, a mnie jakiś diaboł podkusił i zamiast trzymać się założonych 270 watt za cholerę nie chciało zejść poniżej 280 co poskutkowało ze 4 pierwsze weszły jak piwo na kacu, za szybko, za szybko sub 4:40. czas leci jak palce stolarzowi, ale głupi ja a to dopiero początek katastrofy. doszły didaskalia typu słońce zza chmur, temp chyba około 25C -skok gwałtowny, wczoraj było 15 C no i dostaję wiatrem w pysk na nawrotce i czuję, że nie będzie dobrze. staram się zwolnić pilnować tej cholernej cyfry 270, ale i tak wchodzi mocniej po około 274/5 wiatr trzyma mocno i robi się z tego po 4;52/55 na km, ale i tak jest za mocno. postanawiam darować sobie tą nierówną walkę i polecieć z 3km mocne i zrobić w sumie 15km, lecę pierwszy mocny, po nawrotce, wiatr już w plecy chyba, że ktoś ma garba to w bok jeszcze dostaje, ale staje po 750m, no kurwa nie idzie, po 10 sekundach jednak się zbieram i lecę dalej swoje wkurwiony, oczywiście tylko pierwszy wchodzi w zakładane 290 watt @4:22, kolejny 296w/@4;16 i ostatni 306w czyli regularny threshold zresztą tętno też dobija do 174 czyli już umarł w butach.

całość wychodzi 15km @4:41/280 watt/ 154 czyli całość średnio II zakres, ale to żart, żart.

urobiłem się dziś po łokcie jak dobry ginekolog na dyżurze . tyle, że wszystko to psu na budę się zdało, bo trening położyłem kompletnie.

niemniej nie pierwszy i nie ostatni to raz, kiedy wchodzi to wchodzi jak cierń w dupę. tak zjebać sprawę też trzeba umić. winni zostaną pociągnięci do odpowiedzialności, sprawy naprostowane, a życie będzie się toczyć dalej, chyba, bo na razie się czuję, jak traktorzysta z PGRu po tygodniu niepicia. a garmin to jest luj na ropę, bo kto daje i zabiera to się w piekle poniewiera. zdegradował z Vomax 58 na 57, tylko czy to aby na pewno jego wina ? no a kogo jak nie jego ? – luj i tyle.

i jak zawsze telewizja dla ciekawych.

strava garmin

cichykot Opublikowane przez:

2 komentarze

  1. Siedlak1975
    17 lipca, 2020
    Reply

    Im wieksze cierpienie tym lepszy tekst😀

  2. Anonim
    17 lipca, 2020
    Reply

    spier…..🤣🤣🤣🤣🤣🤣🤣

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.