TRZY PLUSY PLUS JEDEN

do zawodów daleko, ale robić swoje spokojnie i powoli trzeba. głownie raczej z naciskiem na powoli, bo, no ile razy można to pisać, ale widzę można, wieje i leje w różnych konfiguracjach.

jak to klasyk pisał, chujnia, ziąb mrok choć sukinkot.

wtorek w planie stało 30LT split i tyle, czyli dowolność zupełna odcinków, aby tylko pół godziny napierdalanki było w sumie. postawiłem na 3x10min/2min ale wiało tak, iż stwierdziłem, chowam się chociaż trochę od tego kurestwa, a miejsce gdzie jest jako tako odsłonięte od wiatru, ma tylko 2 km więc zrobiłem z tego 4×7:30/2min. niestety, nie wziąłem jednego pod uwagę, czyli weekendowego huraganu, po którym to zostały na trasie powalone drzewa i chyba ze 3 razy musiałem całkowicie, wiecie rozumiecie, stopować odcinek i przełazić przez te pnie i przedzierać się przez gałęzie, więc wkurwiony stwierdziłem, lecę dalej na otwartym, ale już sam nie wiem co byłoby lepsze. dopadło mnie wiatrzycho i sponiewierało na tych odcinkach konkretnie. akurat dostałem całą trasę powrotną- albo boczno w ryj albo prosto w ryj. do tego, o ile drugi i trzeci kawałek, były jako tako z górki, to czwarty odcinek już w większości pod i ten czwarty sponiewierał mnie przemielił, przeżuł, ale wypluć się nie dałem.

niemniej miałem dość- treningu, wiatru, życia, w sumie to wszystkiego razem, na koniec. ten wiatr wysysał ze mnie wszystko. całość standardowo biegłem na moc skorelowaną z tętnem i po pierwsze, ostatniego odcinka nie miałem siły cisnąć już, a po drugie jak pisałem, było większość pod górkę więc moc się zgadzała, ale tempo niekoniecznie. trzy pierwsze weszły po około 4:01 ostatni w 4:13 bodajże, ale taki warun jaki zawodnik, albo jaki zawodnik, taki trening.

niemniej całość zaliczam po stronie plusów, mimo, że na dzień dobry na bogato te 30min LT było, a do tego, no karty rozdawała pogoda i co tu się oszukiwać, miała karetę króli z ręki a mnie nawet do tasowania talii nie dopuścili. niemniej trzy pierwsze weszły szybkościowo bardzo dobrze, nawet się nie spodziewałem, że aż tak, a czwarty odcinek wypadkowa wszystkich nieszczęść i suma wszystkich wiatrów. ale to on właśnie liczy się najbardziej, bo też wszedł zgodnie z założeniami, a tu już nie było do śmiechu mi wcale i kurwą niejedną rzuciłem a i gorsze wyrazy też w użyciu były niejeden raz. teraz to gieroj przy komputerze, ale jeszcze na wspomnienie słabo się robi.

środę patataj skrócony z ośmiu km do niecałych sześciu tak wiało, a czwartek zamiast podbiegów, wybrałem „pierdolę nie wychodzę” to nie są normalne warunki na cokolwiek a co tu o bieganiu mówić. wiatr między 40-80 km zimno, co dwie minuty na zmianę deszcz, grad, słońce, kalejdoskop lepszy niż kiedyś na targu sprzedawali. dinozaury pamiętajo o czym piszę (razem z jajkami jojo na gumce) i pistoletami na kapiszony.

w międzyczasie wybuchła wojna, straszna sprawa, tyle, że teraz blisko nas. tragedie się takie rozgrywają praktycznie codziennie, ale daleko, więc jakby mniej nas obchodziły, czy też wcale, teraz widać trochę bardziej jak to wygląda z bliska. tyle dygresji na ten temat, bo sprawa jest bardzo poważna i nie miejsce na pisanie tutaj.

piątek wyszło słońce i trochę więcej niż trochę wiatr odpuścił, więc po chwili zastanowienia, postanowiłem, że zrobię te zaległe czwartkowe podbiegi, mimo tego, że w sobotę było TM w planie i na pewno nogi dostaną po dupie.

tak też i było, podbiegi weszły galantno 10×17-18 sekund, nie wiało w ryj, aż tak jak ostatnio, więc i dynamika większa tego była, chociaż dupa ciężka niestety, tak samo. niby to takie niejakie nie wiadomo co, ja przyzwyczajony do tych swoich standardowych 50 sekund w podbigach, ale zajebać też się można porządnie i mimo, że nie udało się tego zrobić, to po pierwsze cel tychże nie był tak, a po drugie blisko już do tego było i bez takowego celu.

kolejny trening na plusik i cieszy, że mimo że nie ma jakichś potreningowych łoł, nie ma dnia konia i tygodnia pantery, to wciąż jest stabilna forma kucyka i powoli patataj, patataj , ale do przodu.

sobota przywitała mnie bólem dupy, znaczy podbiegi weszły dobrze i lekko suchością w gardle, znaczy cztery piwa po podbiegach weszły jeszcze lepiej.

te poprzedniowieczorowopopodbiegowe piwo niestety nie nastrajało optymistycznie do 2x4km tempa maratonu. optymizmem za to powiało jak wyszło słońce, ale zaraz ten chuj podstępny wiatr, wyszedł za nim i chuj, po optymizmie. trzeba przyznać jednak, że nie były to jakieś wichrowe wzgórza, bardziej buszujący w zbożu, niemniej wredny i upierdliwy był do samego końca treningu.

samo bieganie na kolejny plusik malutki. wrażeniowo – jak to napisałem w opisie na garminie, trening z kategorii nużących. głównie przez ten wiatr, on stanowił największą trudność, starałem się znów pilnować tętna oprócz mocy, bo wiatr i cieżko to zrobić na samej mocy bo za mocno wchodziło, więc pilnowałem tętna do kresu zakresu TM czyli do maks 164 i tylko pod sam koniec na parę sekund przekroczyłem tenże i to też dlatego, że jak raz odcinki pod górkę były też pod watr, więc dublowało się to dodatkowo. głównie jednak kulało się w granicach 157/160/162-4 pod koniec więc zgodnie z planem.

kolejny malutki plusik, po stronie prawej, bo weszło równo po 4:15 w sumie bez problemów żadnych, bez zaciskania pośladków, co nie znaczy, że było to spacerek taki jak piątkowe cztery piwa, bo nie był. jednak do treningu musiałem się przyłożyć bardziej. faktem jest, że zatankowany byłem chyba odpowiednio, bo zrobiłem go na porannej kawie tylko i nie czułem jakiś problemów energetycznych. więc plusk, plusik, plusik.

dzisiaj standardowo, już wiało upierdliwie, a trzeba było w końcu wyjść na jakiegoś dawno nie bieganego longa. oj nawet bardzo dawno.

założenia tych longów, które będę robił, są takie, że jak akcent w sobotę to na spokojnie w niedzielę, co nie znaczy, że totalne easy, bo co toto to nie. nie ma tak dobrze, i 95% ma wchodzić w drugim zakresie, tętna/mocy czyli dobrze tlenowo. a jak w sobotę luźno to w niedzielę nie dość, że długo to jeszcze łopatą do pieca dokładamy.

nogi były skatowane dwoma poprzednimi treningami, więc też wiedziałem, że przynajmniej na początku, nie będzie kolorowych jarmarków a tylko blaszane zegarki, ale uzbroiłem się w słuchowisko, spectrum 2 zakresu dość szerokie, bardziej obawiałem się tej długości na trasie, bo naprawdę dawno nie biegałem nic więcej niż 16km z co tu mówić o coś koło 20.

wiało 2/3 trasy w ryj, ale jakoś wykulałem 20km n 4;50 chociaż nigo pod koniec lekko dawały odczuć, że juz są w dupie.

starsznie słabo kilometrażowo wszedł luty, raptem niecałe 180km więc praktycznie nic nie było biegane, mimo, że było regularnie. widać jakiś wyjatkowo krótki luty w tym roku jest i tak miało być.

Jako, że bieganie na moc, działa mocno średnio na garminie, stryd olał uzytkowników, kompletnie nie ulepsza aplikacji, jak wydał wersę bodajże ze 2 lata wstecz, tak dalej biedacka jest do tej pory, poprawiono tylko pare błędów i dodano obsługiwane zegarki. słabe to. staram się wciaż robić treningi na moc, ale powiedmy sobie szczerze, garminowi brakuje pod tym względem tyle do corosa, ile corosowi brakuje pod każdym innym do garmina. wspomagam się więc teraz coraz więcej tętnem, staram się nie zwracać głowy tempem, chociaż oczywiście to najbardziej ciekawy parametr dla mnie. niemniej wciaż nie fiksuję sie na niczym, przynajmniej taką mam nadzieję.

kolejne tygodnie zapowiadają się ciężkie, bez startów chwilowo żadnych, więc bez większego luzowania, zostaje więc mam nadzieję konkretna robota.

czuj czuj, czytaj.

ps wiosna powoli w końcu.

cichykot Opublikowane przez:

Bądź pierwszą osobą, która zostawi swój komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.