10tka

zanaprzeszły tydzień od razu zaczęty z wysokiego C i weszło na dzień dobry 5×1600 alternacji, czyli 600T10+1km TM powiedzmy biegu ciągło zmiennego. wciąż na wyczucie, wciąż na samopoczucie i bez piłowania, czyli 3;57+coś koło 4:18. ciężki trening i chociaż zrobiony tak jak być powinien, bez zarżnięcia taki 7/10 to jednak wciąż gdzieś z tyłu za uszami kłębiło się te niedopowiedziane, że cisnę za mocno, wciąż za mocno.

nie potrafię tego nazwać, ale wiedziałem, że coś jest nie tak, cały czas coś uwierało, jak zbyt gruby porfel, wypchany pustymi kartami kredytowymi. a być może jak to Kuba mi ostatnio napisał, przy zmianie stryda z nowszego modelu na starszego -ty se każdą nawet najgorszą decyzję, potrafisz zracjonalizować i masz syndrom wyparcia. być może. a do sryda wrócimy jeszcze.

pewnie być może, to jest prawdą, aczkolwiek ja wolałbym to nazwać poszukiwaniem twórczym, a nie jakieś tam pierdolety o racjonalizacja i zaparciu. faktem jest, że jednak jestem mistrzem w podejmowaniu błyskawicznych decyzji, jak to się kiedyś mawiało, w gorącej wodzie campany, ale cóż tak mam i to się nie zmieni. raczej.

wracając jednak do tematu, czwartek po alternacji były podbiegi, krótkie na maksa 17 sekundowe, na pełnej przerwie 3 minutowej, i zrobione tak jak być powinny, więc wszystko szło jak być miało, ale cóż. no kurwa nie było. niemniej postanowiłem polecieć parkruna bo czemuż by nie, jak w planie było 25min LT więc piękny zamiennik, lepszy niż z aliexpress.

sobotni parkrun był w sobotę, wnioski zostały pociągnięte do odpowiedzialności i zrobiłem w końcu prawidłową solidną rozgrzewkę. sam bieg przyzwoity, 19:32 ale wciąż bez błysku, bez polotu, ba-bez pozłotka nawet jakiegoś.

nie byłem zły czy niezadowolony, ale byłem zastanawiający się o co kaman. jak te radio, co to pisałem już kiedyś, kolega przyniósł do pracy, działa zajebiście, tylko ma taki mały feler, że nie gra, ale poza tym pierwszorzędny sprzęt.

podświadomie, specjalnie, z nudów czy z głupoty, a może też z mojej chęci wyparcia, zawędrowałem więc na stronę Train As One, z którym to programem kiedyś trenowałem bodajże w roku 2016 i nie miałem złych doświadczeń, ba -miałem dobre, ale ja wieczny poszukiwacz, po jakimś pół roku-10 miesiącach, wymyśliłem coś innego i drogi nam się rozeszły.

faktem jest też, że tamto TAO a obecne to mimo, że to same, to całkiem inne. w tamtym strasznie narzekałem na monotonię treningów i jakąś taką małą, jakby to ująć, logikę w tych treningach. w tym nowym wygląda na to, że zdecydowanie jest tak samo 🤣🤣🤣

najbardziej jednak mnie ujęło za serce to, że miałem miesiąc darmowy i przy statusie użytkownika wpisane tester, więc kurrczaki, 6 darmowych funtów na ulicy nie leży i postanowiłem po raz kolejny oddać się w ręce sztucznej inteligencji treningowej.

w sumie co za znaczenie, jak trenuję skoro i tak idzie słabo, a tak chociaż mam 21 dni za darmo, ładną aplikację na telefon i se klikać można w programie na różne ustawienie dni całe. no bosko.

okazało się. że nie byłem przez ten czas rozłąki dziwnym trafem odłączony od serwisu, więc treningi i tak se szły pozostało mi tylko po potwierdzać typy jednostek i czekać na wygenerowany plan.

zadałem mu ja bobu, czyli połówkę w październiku a dokładnie 2 w Liverpool ze 3 dziesiątki po drodze w tym tą 12 czerwca port sunlight a on liczył liczył liczył…..

więc póki se liczył, ja w międzyczasie kupiłem nowego, starego stryda na ebaju, gdyż potrzeba zmian i wydania paru funtów wciąż była niezaspokojona. i dlaczego tak, a nie inaczej?

nowy stryd, ukazał się bodajże w 2019, pomijam perypetie z wysyłaniem i czekaniem chyba ze 2 miesiące na niego, ale miał być cudownym dzieckiem pokazującym dodatkowo wiatr podczas biegania. ależ ja sie nakręciłem an nigo, co prawda u mnie rzadko wieje, ale wiadomo, chciałoby się zobaczyć tą moc jak wieje.

niestety momo faktycznie znacznych ulepszeń, w tym duzo lepszej żywotnosci baterii, zapisu danych, i podobno paru innych rzeczy w tym te łapanie wiatru niby, to też znacznie ulepszono niestabliność, brak odpornosci na wodę, a i wiatr owszem pokazuje, ale po treningu, a do tego ma starszne problemy z rozkalibrowywaniem się na dystansie, co mnie jako wkurwiało na maksa. bo raz pokazywał tak, raz owak, owszem wciaż dużo dokłądniej niż gps, ale i tak szlag mnie trafiał.

nowy stary powinen być zdecdydowanie stabilniejszy więc jednocześnie dokładniejszy, a ten wiatr to se mogą wsadzić tam gdzie wiatr nie dochodzi, bo i tak to nie działa.

póki co zrobiłem rapttem jeden bieg kalibracyjny, wiec zobacze co i jak, ale początki są obiecujące.

Train As one w miedzyczasie, liczył przeliczył i wyszło mu, że mam zrobić biegi spradzające 6 min i 3.2 km w trupa, coby se tam poszacował. dzień po dniu mi dwoalił w niedzielę 6minuy w poniedziałem 3.2km co już o tyle w poniedziałek było takie, se, że po fabyce trzeba było to biegać, ale dobra chciał nie chciał musiał.

pojechał więc nad morze, zeby chociaż trochę płaskiego złapać pod nogą i tak się ustwiłem, zeby wiatr mieć w plecy lub plecoboczny i nie powiem złachałem się jak pies na tych dówch assasmentach dobrze.

6min weszło w 3:33/km srednio ale za bardzi nie odniesienia, bo jak kiedyś iegałem z TAO, to te testy robiłem koło domu a tam pofalowana już więc cięzko powiedzieć, niemniej wyszło jak wyszło i grunt, że program miał punkt zaczepienia do obliczeń.

nie było to idelanie płaskie bieganie, bo jedna promenada wzdłóż morza co kilkaset metrów jest podzielona hopkami, więc jedna zaliczyłem i nie było to łatwe, ale cóż, i tak najbardziej płasko jak mogło być oprócz stadionu.

w poniedziałek poleciałem zrobic 3.2km weszło w 3:44min/km srednio co też uważam za fajny wynik ale też zdrowia mnie to kosztowało bo podszedłem do sprawy uczciwie.

we wtorek zaś dowalił mi 18km więc tydzień się dobrze, nie zaczął a ja już w nogach sporo miałem, ale no biegam jak pisze nie kombinuję, mimo tego, że na naiedzielę był zaplanowany start na 10km w Liverpool.

no może lekko przesadziłem z tym planowaniem, bo po ostatnim parkrunie Alan mi mówił, ze jedzie i czy jadę z nim.

w sumie stwierdziłem, czmu nie, poniedziałek wolny, mozna się nawodnic po starcie, wbiłem w progam jako casulal race, to i nie obcyngalał sie ze mną, dał jeszcze po wtorku dwa treningo po kilkanaście km i w niedzielę na starcie, niby gotowy, ale kompletnie niekoniecznie, bo czułem te wszystkie testy w dupie i w nogach, niemniej też czułem się dość mocno, i tak leciutko po cichu liczyłem na te sub 40 bardzo leciutko i bardzo po cichu.

nie wiedziałem, nic o trasie tyle, że pokręcona po parku, nic nie napisane o ateście, nie było żadnej trasy na stravie (chyba to było pierwszy raz po nowemu ), medale z 202o roku, bo im zostały z wstrzymanego biegu, i słuszcznie zresztą, że nowych nie robili, czyli jedna wielka niewiadomia i już wiedziałem, żę nic nie wiem.

start równiutko co do minuty jednak, wszytsko ładnie podzielone na sektory z niczym problemu, i lecimy poczatkowo strategia, nie zaczynac za szybko, mimo, że lekko z górki, lapuje na km od organizatorów i patrze co sie dzieje.

już pierwsze 50o-800 metrów pokazuje, że noga kręci cieżko, nie ma luzu lekkości, jest żmudna robota i ja się zastanawiam, zwalniać i robić mocny 2 zakrec czy cisnać dalej, cisne, ale zaczynaja się no może nie podbiegi bo to nie bieg górki przecież, ale prawie dwa kilometry ewidentnie pod górę z tymże te pod górę to jeszcze takie hopki momentami góra dół i lewo prawo co chwile, trasa pokręcona, jak umysł lewaka ale staram sie jakoś tempo trzymać.

tempo ze stryda rozjezdza mi się z kilometrami orgów, ale lapuje dalej na tych oznaczeniach kilometrowych, chciaz widze, że labo ja strasznie nierówno biegne ( co raczej sie nie zdarza) albo kilometry to radosna twóczość ustwiającuch znaczniki.

głównych pętli było dwie i na szóstym kilometrze trace ochotę do czegokolwiek, brak mi motywacji i chęci i jak na praktycznie kazdych zawodach mimo tłumu biegnę sam. parę metrów przede mną ostatni zawodnik z poczatkowej szerokiej, bardzo szerokiej czołówki, ja zamukam peleton i za mną nikogo dobre 20-30metrów.

rzezbię, już wiem, że nie zrobię tych syb 40stu cieżko coraz bardziej wciaz góra dół, a zaczyna się ósmy kilometra i będzie prawie całe pod górkę, ostatnie moze 200 to już płasko do mety.

jakos trwwam jak radio, staram sie trzymać temo i na znaczniku dziewiatego kilometra zegarek pokazuje mi czas 36 minut, dokładnie co do sekundy.

nosz kurwa, myśle, ale, że jakim sposobem, jak wciaż byłem ponad te sub40, staram się zebrać w sobie niemniej górka nie pozwala na nic, czołgam sie według zegarka w 4:15 momentami widzę angola przed sobą, z 15 lat młodszego odemnie i nie, kurwa nie dam Ci tej satysfakcji, sub 40sci nie będzie, ale chociaż jednego chłopa w zyciu zalicze.

i zaliczyłem, nie pozbierał sie po ataku, a ja widzę na zegarku, ze 10km mijam dokładnie 40:01 a do mety, że hoho. kończę z czasem 40:38 a zegarek pokazuje 10140m. średnie tempo z ostatniego km 4:05 bardzo możliwe, bo mimo wolniejszego początku, to koncówkę robiłem już grubo ponizej 4/km a całość odcinka to 4;40min wiec dołożone pięknie na dystansie.

nieważne to jednak, bo całość weszła po prostu słabo, chociaż może biorąc te testy i wszytsko pod uwagę, też i bez jakiejś tragedi. wciaż nie ma zjazdu, czy innego odjazdu, ba, wiciąż można sobie z tego wszystkiego ładnie 10km zrobić.

finalnie byłem 82 na 3645 osób, gdzie czas zwycięzcy to 33:16 a tylko trzy kolejne osoby po nim złamały 35 min co mam nadzieje, że jednak pokazuje, iż po pierwsze bieg był mocno trudny a po drugie, te 10km to mocno na oko, a po trzecie może sie tylko po prostu pocieszam.

the show must go on jednak i trzeba robić swoję z nadzieję, że jeszcze w zielone gramy.

czuj, czuj czytaj.

cichykot Opublikowane przez:

Bądź pierwszą osobą, która zostawi swój komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.