piękni treningowi

„Była w swoim czasie opowiastka o amerykańskim pisarzu, który pisał powieść w odcinkach. Pewnego dnia przyszedł do swego szefa.

Pisarz: – Szefie. Od jutra chcę dziesięć dolarów więcej za odcinek.

Szef: – Won.

Pisarz wychodzi, gwiżdżąc beztrosko. Szef łączy się z sekretarką i każe, aby przyszedł Rappaport. Rappaport wchodzi.

Szef: – Rappaport. Od tej chwili będziesz pisać dalej tę przeklętą bzdurę.

Rappaport: – Tak jest, szefie.

Zgarnia nonszalanckim ruchem manuskrypt i wychodzi; szef pogrąża się w dalszej pracy. Za godzinę wraca Rappaport; jest zupełnie pijany i trupio blady. Kładzie przed szefem manuskrypt.

Rappaport (bełkocze): – Wszystko skończone. Otrząsam pył z moich nóg i przeklinam.

Zataczając się, wychodzi; szef żąda, aby przyszedł Treppengelander. Treppengelander wchodzi.

Szef: – Patrick. Masz od jutra pisać dalej tę hecę.

Treppengelander: – Tak jest.

Wychodzi. Po godzinie wraca. Trupio blady. Pijany. Rzuca manuskrypt na stół i nie mówiąc ani słowa, wychodzi. Sytuacja robi się poważna; z drukarni dzwonią. Szef woła Najlepszego. Najlepszy wchodzi.

Szef: – Ty… i tak dalej.

Najlepszy: – OK.

Po godzinie wraca: pijany i trupio blady.

Szef: – Co jest?

Najlepszy: – Nic się nie da zrobić. Bohater wyskoczył z samolotu na wysokości dziesięciu tysięcy metrów i jest bez spadochronu. Wokół niego lata eskadra odrzutowców i strzela do niego pociskami rakietowymi. Na dole czekają już na niego trzy rekiny z otwartymi paszczami. A teraz idę. Otrząsam pył z moich nóg i przeklinam…Najlepszy wychodzi; szef woła pierwszego i obiecuje mu podwyżkę. Następnego dnia ukazał się dalszy ciąg powieści odcinkowej, zaczynający się od słów: „Nadludzkim wysiłkiem woli, wydostawszy się z tych irytujących opresji, Mike Gilderstern powrócił do Nowego Jorku”

ja też tym nadludzkim wysiłkiem woli zamknę stary okres i wracam do rzeczywistości.

najważniejsza rzecz jaka się ostatnio przydarzyła, to zmiana aparatu i będzie więcej zdjęć i trochę pewnie więcej ich będzie na blogu, bo w sumie jak robię, to dlaczego by ich nie wrzucać.

dzisiejszy blok ilustruje Liverpool, który ma kawałek pazura w sobie.

cały czas biegałem treningi z TAO, w sumie nawet bez większych modyfikacji, a te które były zrobione, to po prostu skracanie np 3×18-20 km codziennie, do czasem mniejszego przebiegu, bo po prostu nie dawałem tego rady biegać codziennie.

niemniej zdecydowanie zszedłem z obciążeń mocnymi jednostkami i chyba zaprocentowało to na parkrunie którego nie było, bo w samotnym biegu ( tych 50 ośób za mną nie liczę, bo kolejny był ponad dwie minuty za mną) czasem 19:14 i rekordem parkrunowym, chociaż niestety nieoficjalnym.

to była końcówka maja, potem znów tylko parę drobnych akcentów, wizyta brata od wczwartku przed startem, zdecydowane popuszczenie pasa i lecimy te 10km 12 czerwca.

warun brzegowy był fatalny, pomiajam piwska z braem, ale wiało i to naprawdę wiało w wuj, dobrze ponad 30/h w porwyach pod 50. trasa trudna kręta, no stop kolor kołyska góra dół, nie mocno, ale jednak uzbierało się prawie 70metrów Up.

od poczatku lecę swoje, ale mocne swoje, bo 5km mojam w 19;38 a wychodzi coraz wieksze słońce i wieje coraz mocnej, nemniej staram się biec swoje, tym razem swoje na dociągnięcie tylko w jakimś przyzwoitym czasie.

lepiej, gorzej, niemniej jakoś kulam ten wózek i gdy zostaje ostatnie 800me®ów do mety wychodzi mi, że zbiegajac spokojnie a jest już tylko z górki w tempie 3;59 co nie jest problemem dociagne te sub 40.

i tak było, prawie. na ostatniej prostej do mety, dosłownie jakieś 50met®ów, mam ze 20 sekund zapasu, ale pani zarządzająca okrązeniami ( a były dwa ) skierowała mnie na kółko dla tych wolniejszych, a ja baran, nie popatrzyłem gdzie biegne i wbiegłem na „trzecią petlę” odgrodzoną metalową barierką. skapowałem się z 15 metórw do mety, stanełem jak wryty na parę sekund, motałem się czy przełazić przez barierki ( za wysoko) czy co, w końcu wściekły wróciłem i ukończyłem z czasem 40:09.

kurwa.

brat mi mówił, iż widział jak pani jeszcze paru tak wpuściła w kanał, ale przecież już w 1982 czystaw spiewał, nie wierz nigdy kobiecie…no własnie. trzeba było uważać, jak inny klasyk mawiał.

cdn…

cichykot Opublikowane przez:

Bądź pierwszą osobą, która zostawi swój komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.