jebaniutki.

poprzedni tydzień był na wyspach gorący, na tyle gorący, że najstarsi szkoci nie pamiętają. tylko dlatego dało się zrobić akcenty, iż wtorkowe 8x2min/1 easy poleciałem jeszcze na jakiej takiej świeżości cieplnej.

bałem sie tego treningu, w planie było po 3:45/km ale krótkie przerwy temperatura, no i biegam zaraz po pracy skąd tez przychodzę wyjebany jak sfrustrowany leszcz, więc naprawdę podchodził z dużym szacunkiem do tego.

chyba słuszne, bo zwarcie pośladków mocno pomogło i o dziwo całość nielekko, ale bez dramatów, umierania i zgonu, została zaliczona na standardowej wietrznej pętli lekko pofalowanej po 3:40 srednio.

generalnie było raczej po około 3:37 ale jako to po pętli raz góra raz dół więc szóstą i siódmą wypadało mi robić najwiecej pod górkę i tam spadało do około wciąż zakładanego 3:44.

i pomimo, że zadowolony byłem to bez optymizmu patrzyłem w przyszłość, która właściwie jest przeszłością na tą chwilę i jedyne co mnie jako tako trzymało to wolny piątek i czwartkowe 8×10 sekund sprintu, które to biegałem dosłownie pod drzwiami domu, zabezpieczony w wodę no i trzyminutowe przerwy w staniu/chodzeniu, jakoś pozwoliły przetrwać.

weekend już było biegane z rana po szóstej, a że tylko patataje dłuższe lub krótsze bez historii, też udało się nie zagotować, ale nie ma co ukrywać, ogólnie było słabo z temperaturą a ja padnięty jak kawka.

garmin natomiast zaszalał, jabaniutki i zapodał na wtorek LT21 min, nosz kurwa, morderca, biorąc pogodę pod uwagę. faktem jest, że zakresy daje potem dość szeroko ( 10 sekund plus minus przy LT) bo zmienia się to widzę w zależności od jednostek treningowych, na easy 25 sekund jest z tego co pamietam w te lub we wte, ale jednak 4:0 to mocno ciągiem napierdalać już nie jest tak lekko.

to już jest naprawdę konkret i nie ma co się oszukiwać, że małe piwko pod śniadanie. jako, iż standarodwo wiatr się rozpędzał, wolałem już w poniedziałek to zaliczyć, bo wtorek zapowiadał się dużo bardziej wietrzny.

no i trening przewiozłem uważam, zrobiony niby uczciwie, niby w zakrescah tetna ale zrobiony za mocno. wiem, że za mocno, bo znam siebie. pierwszy kilometr poszedł jakoś tak szczególnie spokojnie i luźno po 3:55 i nie potrafiłem potem zwolnić a to był błąd.

magness. którejś swojej książce pisze i ja generalnie uważam, ze ma rację, że bieganiue progu to rczej powinna być próba podnoszenia go, a nie podnoszenia faktycznego. czyli, że każdy lub zdecydowana więkoszość tego typu treningów, powinna być biegana tuż pod progiem na wyczucie i że bieganie go pod tym progiem daje powiedzmy 98% efektu przy minimlanym zmęczeniu, a bieganie go na progu lub powyżej daje praktycznie nic więcej a zmeczenie robi się zdecydowanie dużo mocniejsze, co może prz6 jednym treningu takiej różnicy nie robi, ale jednak robi z każdym kolejnym.

więc w globalnym rozrachunku [pszło to za mocno i poczułem to przez kolejny dzień. no nic wniski zostanę posuniete do odpowiedzialności i zobaczymy jak kolejne LT sie potoczy.

środa znów mocno, zmieniał garmin, zmieniał, aż ostatecznie wylosowałem 9x1min/3min beztlenu wg niego po 3:30/km być to powinno zrobione.

ochłodziło się w miedzyczasie znacznie, w porównaniu do zeszłego tygodnia, ale oczywiście, jak biegałem koło portu to jak raz słońce na tą godzinę wyjść musiało i świeciło w łepetynę cały trening, po czym ja do domu, one za chmury, nosz kurwa…

nie chciałem biegać tego po pętli, swtierdziłem, że będzie bardzo cieżko wyrobić z tempem, pod góreczki tam i ze względu na wiaterek, który chciałem mieć w plecy, biegałem wahadłowo, tak z 1-2% w dół było. postanowiłem leciutko mocniej to lecieć aby skompensowac ten procent czy tam dwa coby jakoś tak sprawiedliwie to było.

pierwsza mocno, 3:20/km za mocno lekko, ale rozpoznanie bojem a noga świerza w rozkroku jeszcze i jakoś tak podejrzanie lekko generalnie, ale jak to przy pierwszej, z wyraźnym oporem.

kolejne dwie już spokojnie 3:25/km ale już czwarta wchodzi w 3:19 a ja całkiem nieźle dogrzany, wracam spokjnym truchtem zostaje mi na powrocie z dobre 40 sekund z czego stoje 30 i 10 do końca lapa zaczynam robić coraz mocniejszy dobieg do startu.

noga idzie jak zła, staram się nie lecieć każdej na 100% raczej na 93-95 bardzo mocno, ale do trupa daleko, i tak sę kulam do ósmej po około 3:22/km srednio i ostatnią robię już naprawdę mocno w 3;12/km co daje mi srednią całosci 3:20 więc trening zaliczony prawidłowo i jak zmeczenie po LT poniedziałkowm wpisąłem 8/10 tak tutaj dałem 6/10

piatek już się ubuerałem na trening, easy 39 minut było, gdzie oprzytomniałem, że jak to tak? 7/tydzień. no way, i zrobiłem dzień wolnego.

sobota dłuższy patataj 17km było a dzisiaj patataj krótszy 8km i też starczyło.

tydzień zamkniety 58 km co jest hoho najwięszym kilometrażem, od hoho…

walka trwa.

cichykot Opublikowane przez:

Bądź pierwszą osobą, która zostawi swój komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.