JózeK K. niejedno ma imię.

leciutkie zaległości mi się zrobiły, jakoś nie było zapału siadania do pisania, a i wątpliwości mnie na szły, komu to potrzebne w sumie, no ale z drugiej strony jak parę nawet osób czyta to może jednak warto dalej ciągnąć ten wózek?

lepiej pisać zamiast się zastanawiać, bo jak teraz przestanę, to już nie wrócę, chyba mam okres zamykania rozdziałów, ale te wolałbym pozostawić otwarty.

zacznę od końca, czyli sobotniego parkruna równo tydzień temu.

angliczański kumpel, zagadał czy nie chciałbym jechać do Liverpool, bo on chciałby mi pokazać trochę okolicznych, więc why not, tym bardziej, że strat był w planach, aczkolwiek, no właśnie.

start był z pełnego treningu, na pełnym zmęczeniu bo w czwartek przed startem biegałem 9x300m tempo trójki z zejściem po 150m do tempa mili na minutowej przerwie i dojebałem nogi na maksa, tym bardziej, że były już lekko zbite po wtorkowym 4×600/600 Tempo 5km /tempo maraton.

nie było to łatwy tydzień i taki miał nie być, niemniej stając na starcie w Liverpool czułem to w girach a i bieg towarzyski, nie pozwolił na dobrą rozgrzewkę przed, chociaż bardziej na karb zarabianych nóg bym raczej postawił.

sam start z kategorii, biegnę co mogę, ale niczym się nie przejmuję, bo czysty łeb ważniejszy od sekundy wte czy wewte, niemniej z założenie, że jak się da, to żadnego opierdalania, to nie fabryka, tu trzeba zapierdalać.

od początku było słabo, bez życia, poniżej zakładanej mocy nie dużo bo 301 watt całość zamiast 304 ale dopiero ostatni kilometr wszedłem w zakładane widełki i do tego tętno też się ruszyło pod 176 więc nie powiem, albo jakoś odżyłem, albo właśnie zbliżyłem się do krainy wiecznych łowów, niemniej całość weszła z mocnym bólem w 19;47.

uczciwie trzeba przyznać jednak, że trasa łatwiejsza niż u mnie na wsi, jedna pętla, o połowę mniejsze przewyższenia, ale gol strzelony na wyjeździe liczy się podwójnie, więc zaliczam start na ten jednak maleńki plusik.

uplasowałem się na 14 miejscu ogólnie i 2 w kategorii na powie 400 sob, więc niby nie jest żle, ale misiek przede mną, znaczy 1 w mojej kategorii nabiegał 18:06 więc przepaść po prostu, większa niż między, dwoma a czterema piwami do wypicia.

widzę z jednaj strony ile ani brakuje, ale też widzę, że można, chociaż wiadomo, że mógł być to jakiś zawodowy biegacz, wciąż aktywny.

nie wiem, nie mam zwyczaju i nie widzę wielkiego sensu na googlanie nazwisk celem sprawdzenie, czy to nie jakiś nasz jurek skarzyński, bo nic mi taka wiedza nie da, a nawet może podziałać demotywująca, bo zacznie się myślenie, no tak, ja to nie mam szans, bo on kiedyś to nie dość, że szybko biegał, to raz pomógł jednej pani zakupy odnieść do samochodu a dwie inne to puścił przede przy drzwiach.

walić to robić swoje, nie skupiać się tylko na pojedynczym biegu, a kurwa jak to teraz modne takie nazewnictwo, na procesie się skupić.

kiedyś to się mawiało, że zapierdalac trzeba, a teraz to proces.

już zdaje się niejaki kafka coś na ten temat miał do napisania, chociaż tam dość mało o bieganiu było.

jako ze był to liverpool wrzucam fot parę też z liverpool bo piękne to miasto jest.

cichykot Opublikowane przez:

2 komentarze

  1. weuek
    26 lutego, 2023
    Reply

    Nie pierdziel o zamykaniu, bo ja dopiero niedawno zacząłem to czytać.

    Do tej pory myślałem, że tam, gdzie zwykle biegasz, to tez jest Liverpool.

  2. weuek
    26 lutego, 2023
    Reply

    A foty, jak zwykle, świetnie, miasto (przynajmniej to, co widać) nie bardzo…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.