skrzydlata polska

wiadomo już, że na 100 procent żadnego oficjalnego startu nie będzie 27 września, ale cóż, pchać wózek trzeba dalej, bo jakie ma to znaczenie tak w sumie ? z jednej strony, jakoś specjalnie zapału do biegania nie ma, a z drugiej – nie trzeba się jakoś spinać za bardzo. można sobie coś tam odłożyć, coś tam przełożyć i coś tam, coś tam dołożyć. a wszystko to w zależności od dnia, nastroju i stanu poziomu wody w miedoni na godzinę dwunastą. także ten, albo tamten może i nawet, delikatnie zmiany, były w tym tygodniu, były.

wtorek, środa były biegane jakieś patataje z nogi na nogę, w czwartek zaś w planie były podbiegi, ale tym razem na innej podbiegowni postanowiłem zrobić, tej co to już w którymś z ostatnich wpisów się odgrażałem, że zamierzam nie omieszkać, tylko korzystać.

taki i też było, góreczka niby wznios nie za duży, jakieś 10-12 metrów może, za to długość już solidna jak na podbieg- 270 metrów ich było. weszło to w dupsko konkret. nawet porównań kwiecistych uniknę, żeby nie być posądzony o mowę nienawiści, ale wiecie co chcę powiedzieć, a kto nie wie, niech się zapisze na weekendowe kursy do tęczowych.

jako, że długość ich była słuszna, postanowiłem zrobić tylko sześć. te postanowienie podsięwziąłem po drugiem, bo z domu to ja planowałem osiem. ale okazało się, że do ośmiu to mi będzie brakowało, że hoho i fiu fiu, albo i więcej nawet. pewnie jakbym wolniej i spokojniej to robił to i 10 by weszło, ja postawiłem jednak, na jakkolwiek w moim wydaniu by to śmiesznie nie zabrzmiało, na dynamikę i starałem się to robić z konkretnego wybicia. nie był to może styl zdziśka hoffmana, ale starałem się jak mogłem, żeby nie był też charlie chaplina.

wszystkie wchodziły parę sekund poniżej 4/km i był to naprawdę konkret. solidna minuta zapierdolu. czwarta już w ogóle była- moc, potęga i skrzydlata polska, bo mi się napatoczył jakiś kostropaty mieszkaniec albionu na rowerku typu pelikan skrzyżowanym z jubilat 2- po wypadku; i mnie kurwa, mnie- potomka husarii i dywizjonu 303 w jednym, mnie, prawnuka sobieskiego i nieślubnego dziedzica naczelnika, pokurcz jeden na krzywych nóżkach, mnie! – chciał tym rowerkiem zrobić pod górę. o jebaniec jebaniutki. wiadomo, że szans nie miał żadnych, mimo, iż cisnął tak, że aż dym mu szedł z łańcucha, a lusterka do ziemi mu gnęło się od pędu, takie baty dostał, że jak zbiegałem to jeszcze się telepotał pod tą górkę. a mi zajęło przecież trochę czasu, szybkie podpięcie się pod defiblyrator na tej górce, krótka reanimacja i zgon. umieranie jednak trochę trwa. a on jechał i jechał i jechał. także ten, jak już zbiegałem, to zszedł z tego rowerka i klaskał i czapką z podziwu machał, i …. i skrzynka był czerwona I jechała taksówka… i powóz…I krowę prowadzili… i trąbił autobus…tak było tak, tak. podbieg za to wszedł rekordowy w 3;47/km na prawie 390 watt. żył to już było, prucie konkretne.

po ostatnim chwilę oddechu i znów ta sama górka sześć razy w łeb, tym razem w dół. relatywnie, patrząc po cyferkach, było to -mimo tempa poniżej 3;30- o jakieś 30 watt słabiej niż pod górkie. ja tej relatywności jednak nie czułem, a przy 3;30/km to czuję się tak komfortowo, jak gagarin, kiedy mu właz nad łbem zamykali i odliczać zaczynali -od 1o do tyłu. tym bardziej, że ten padalec rowerowy, kumpli na mnie musiał napuścić z mafii rowerowej, spotkanych gdzieś po drodze. czterech ich było, jak pancernych ale bez psa. chyba osranych z kim zadzierają, bo w kaskach byli. słaba ich rasa. niemniej cwaniaczki, minami nadrabiali i pruli w dół ile sił – i tu już żadna rodzina mi nie pomogła, tak własna jak i zagraniczna. spuścili mi łomot z 70 metrów po całości, ale popedałować trochę musieli z tej górki żeby mnie dogonić. nie za mocno, ale jednak. podejrzani zresztą mocno byli. po tym wszystkim, pojechali tak bez niczego, ani się nie obejrzeli nawet, nie stanęli choćby na parę minut- poklaskać z podziwu czy co tam trzeba żeby dobrze było. ba, konstytucji nawet nie czytali. mocno dziwni. może niepiśmienni ? niemniej, dzięki nim, udało się to jedno koło w zrobić w 3:19. pozostałe 3 już spokojniej po około 3:25 i do domu.

wczoraj leżałem do góry kołami, znaczy dzień bezzabiegowy był, ale gorąc za to. nie tak mocny jak w kraju i nie taki mocny jak kwiecień -maj tutaj, kiedy grzało tak, iż nawet diabły w lodówce siedziały, ale jakoś tak 26 ze słońcem za chmurami nie pozwoliło na spokojne leżenie kołami do góry. dzisiaj rano niby chłodniej, niby tylko koło 20 ale powietrze kleiło się do koszulki jak cinkciarz do klienta.

miało być spokojne dwadzieścia wybiegania, ale zacząłem za szybko delikatnie i takoż błyskawicznie postawiłem na dobrą zmianę. pierwsze 6km zrobiłem można by rzec drugiego zakresu, to już nie było spokojne bieganie, ale jeszcze akceptowalne, jeszcze słuchana powieść, jeszcze pamiętam co słuchałem, ale już lekko nie był. po szóstym 6 w tempie połówki postanowiłem i było to w sumie takie tempo średnio koło 4:16 jak tam droga na harce pozwalała, ale tętno już było thresholdowe, więc zaliczam se ten trening jako LT. nie było lekko, bo pofałdowany kawałek a i 6km LT to już niekoniecznie jedno piwko do obiadu, niemniej weszło. moc rozjechała się z tętnem o zakres dzisiaj. albo ja się rozjechałem nie wiem z czym. po szóstym stanąłem na 2 minuty, zobaczyć spadek tętna- ze 174 chyba po minucie było 151, po dwóch 128 więc galancio i zostało 2 km do domu. tyle, że nie chciałem tego truchtać, więc zamysł był dociągnąć mocniej. drugi od razu zaczyna się konkretnym podbiegiem, 600 metrów i tam tetno samo już się nabiło, tak jak i moc. to i ostatni już podciągnąłem też w w tętnie LT. także całość se zaliczyłem jako 6+2km /2 minuty przerwy -ale jednak progu. bo biegać na moc też trzeba umić. ja zaś dzisiaj nie wykazałem się umiejętnościami odpuszczania, tylko postawiłem na konkret, kosztem kilometrów.

jutro zrobię rozbieganie i piwo po nim, bo w sumie dlaczego by nie. kolejny trening zaplanowany dopiero na wtorek, za to z wysokiego C od razu tydzień się zaczyna, bo 6x1km

podbiegi / progi

cichykot Opublikowane przez:

3 komentarze

  1. Siedlak1975
    8 sierpnia, 2020
    Reply

    😁😁😁😁😁👍

  2. sultangurde
    9 sierpnia, 2020
    Reply

    Rewelacja ten wpis o podbiegach!!! Fragment u pokurczach na rowerze rozbawił mnie do łez!!!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.