Andersa to była wina

ja wiem, że 99,99% ma bardziej gorąco ode mnie, wiem, że u mnie tylko 26stopni pana andersa celciusza, chociaż debilny serwis garmina pokazał mi po treningu, że było 18C a jak wychodziłem o 9 rano to już było 22, wiem. nie zmienia to faktu, że tyle mi po tej wiedzy, co listonoszowi po klaserze. potrzebny mu on do roznoszenia listów, mniej więcej jak w dupie koszula. a przez to, że komuś jest gorzej, niestety mi lepiej nie było. btw, to chyba jedyny rozpoznany przez naukę radziecką przypadek, kiedy to, że komuś jest chujowiej w niczym nie cieszy i radości nie czyni.mi przynajmniej.

6x1km/dwie minuty przerwy, jak to miło i niewinne brzmi. na papierze wygląda tak spokojnie, dostojnie, krótko jakoś i niemęcząco. ot- co to jest 6km lekko żwawiej? no może zajebiście żwawiej, ale przecież przerwy są. kurwa, fakt, lekko krótkie się okazało , ale na kartce wyglądały na długie, co najmniej tak długie, jak podróż koleją transsyberyjska i to przed wybudowaniem torów.

rozgrzewka jeszcze jakoś poszła, w miarę spokojnie, ale już byłem z lekka podkurwiony na gościa w lustrze, bo baterii luj jeden w słuchawkach nie naładował. niby drobiazg, ale to jak kłoda rzucona pod nogi wieprzy, perłami się nie odbiło.

dziś muszę się kręcić w miarę koło domu, żeby pułapkę na listonosza zastawić, więc szkoda mi czasu na dojazd do parku, latam więc te kilometry babcia po wsi, od chałupy do chałupy, znaczy dokładnie od końca drogi do początku, a może na odwrót ? w każdym razie akuratnie kilometr jakoś udaje mi się wynaleźć w miarę po jednej prostej, bez powiedzmy, że samochodów.

nieparzyste lecę bardziej pod górkę niż z. od początku pomyślałem, że ostatni to jeszcze jakoś się sturlam, ale wdrapać się to raczej nie dam rady. no to lecę tego pierwszego, świeży jak ogóreczek kiszony, ale lecę. wchodzi szybko, za szybko myślę w 3;53. w międzyczasie garmin mi poakzał przygotowanie wydolnościowe plus 8, czym mnie tak rozbawił, że nawet zapomniałem o tych cholernych nienaładowanych słuchawkach. 2 minuty okazało się, że minęło w 120 sekund.tego sie nie spodziewałem i trochę mnie to zaskoczyło, ale nic myślę- to był ten moment, kiedy jeszcze mogłem myśleć i lecę drugiego bardziej w dół.

uczciwie przyznaję, że nie wiało, 10km to nie wiatr wiec ten drugi z górki, mimo tego niesamowitego słońca za mgłą które robiło wszystko, żeby wyjść z siebie robię w 3.49 i już wiem, że tak, to my polski nie zbudujemy. nie idź tą drogą sabo bym pomyślał jakbym mógł , ale już nie mogłem. chyba na szczęście. przestawiłem się w tryb wio i lecimy trzecią, znów pod góreczkę. tu już okazało się, że słuchawki nie były mi do niczego potrzebne, bo przestaję reagować na dźwięki. w sumie na cholerę mi muzyka, jak tak pięknie we łbie szumi ? lecę czwartą i znów wychodzi 3;51.

piszę wychodzi, bo tempo kompletnie mnie nie interesuje, lecę na granicy siebie i jedyne co widzę to moc na zegarku, na tym okienku jestem jeszcze w stanie za zafiksować i jak widzę, że średnio jest ponad 326 to znaczy, że mimo iż nie jest dobrze, to jest dobrze.

po trzecim kole, postanawiam schować kompletnie bezużyteczne, zalane potem okulary, gdzieś koło słupa przy drodze i kolejne biegam nie dosyć, że głuchy to i ślepy. ściągnąłbym tez koszulkę ale nie miałem siły. przerastało mnie to myślowo. za skomplikowane było.

piąta wiadomo, najgorsza, nie dość, że pod górkę to piąta. wiadomo-najgorsza. obiecuję sobie, że jak zrobię powyżej 4:0 kończę po niej.wuj wychodzi z tych obietnic, bo mimo, iż starałem się jak mogłem, żeby tak było weszła w 3:57. osz ty kurwa se myślę i zbieram się do ostatniej. w dół. pierwszy raz spoglądam na tempo, żeby tylko nie było za szybko, żeby tylko stoczyć się w dół, żeby tylko koniec już. wychodzi w 3:52 a ja czuję, że łapią mnie dreszcze. chyba pierwszy raz tak mam.

tętno na ostatniej kilometrówce dochodzi do 176 ale po każdym odcinku, po tych dwóch minutach spadało pięknie do 130- więc to chociaż na plus. tak dobijałem do 172 -173 więc w sumie nie wychodziłem poza tętno thresholdu.

nie koniec to niestety bo jeszcze było 4x150m/250 easy.

chciałby się napisać, że nie wiem jak poszło bo nie pamiętam, ale niestety pamiętam, chociaż wolałbym zapomnieć. zabolało. tyle powiem.niemniej nie odpuściłem i zrobiłem. między 3:25 a 3;47 jak pofałdowanie pozawalało trasy.

umarł w butach, ale przeżył bez kapci chciałoby się powiedzieć.

jestem zadowolony, nie spodziewałem się takich temp, takiej walki i tego, że dociągnę to do końca.

kiełbie we łbie, siedzi jak zwykle, więc tu nic trening nie zaszkodził.

cichykot Opublikowane przez:

5 komentarzy

  1. ziko303
    11 sierpnia, 2020
    Reply

    Przekładając na zawody, to tempo T10?

  2. 12 sierpnia, 2020
    Reply

    na wczorajszy dzień , bardziej T5.

  3. Siedlak1975
    12 sierpnia, 2020
    Reply

    Dobry tekst do porannej kawy. 🙂 Trzeba mieć popierdolone we łbie żeby tysiączki biegać w taka pogodę. Trzeba se było jebnąć 4 x 5km na lajcie 🙂
    Niech chuj spali te słońce

  4. przemekEm
    12 sierpnia, 2020
    Reply

    Niby 1km wydaje się takie krótkie, ale na interwałowym zawsze po 400m zaczyna się wrażenie że cholernie daleko do końca i najlepiej to by było pierdolnąć to wszystko i się położyć. Ale zrobienie takiego cholerstwa zawsze daje satysfakcję.

  5. 12 sierpnia, 2020
    Reply

    to prawda, dlatego najbardziej mnie, że jeszcze te cholerne rytmy dałem radę zrobić, mimo, że myślałem, iż asfalt będę gryzł z rozpaczy jak myślałem o nich.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.