a jednak

świat oszalał, a nawet jak nie do końca to pogoda na pewno. z upałów, zrobiła się pora monsunowa, i leje już od nocy, a pojutrze ma zdaje się do tego wiać coś koło 80/h więc jak zwykle, od ściany do ściany.

ostatnimi czasy wyczaiłem nową trasę na szybkie treningi. znalazłem praktycznie 2 kilometry prostej, nawet nie mocno pofałdowanej drogi. w sumie ścieżki spacerowo rowerowej, co ma też dodatkowo ten plus, że nie trzeba się kompletnie przejmować żadnymi autami. jako, że jest schowana totalnie z boku, start do niej wciśnięty gdzieś w rogu budynków, trzeba się było dobrze naszukać, żeby znaleźć, ruch na niej też nie za wielki, w niedzielę rano spotkałem może z 10 osób. do tego zacieniona drzewami, więc, żeby nie to że jednak jest góra dół byłoby idealnie. ale nawet te góra-dół jest w miarę rozsądnie, bo nie ma hopek a raczej ciągnie się systematycznie po kilkaset metrów, więc można w miarę spokojnie wbić się w tempo/moc i pozwala to utrzymać w miarę równy wysiłek. tak myślę, że ma koło 1-3% na całości. do tego trzy kilometry od domu, więc idealnie na rozgrzewkę i schłodzenie. jak na moje warunki, ideał. bo oczywiście stadion cały czas zamknięty.

znów kawał konkretnej kurwy był dzisiaj do zrobienia. 3km LT+5x800T10+3km HM. kobyła podobna do zeszłego razu, ale wydłużony środek, za to skrócony o jedno powtórzenie.

dziś miało się okazać, co dalej bracia rodacy, tym bardziej, że rano znów jak zombie byłem.

trening wszedł jak wejść miał, ciężko, ale tempa siedziały prawidłowo. pierwsze 3km laktatu poszło w 4:06 wg garmina chociaż z 2-3 sekundy to straciłem pewnie na odbiciu na końcu końcu drogi i wracaniu z powrotem, ale od początku biegło się źle. być może to efekt cięcia węgli, waga już się trzyma w okolicach 72.2-72.5 kg być może jeszcze siedziały w nogach niedzielne kilometry i piwa, coby to nie było dupy dziś nie urywało. nie mogłem wkręcić się na obroty, zresztą nawet garmin pokazał na dzień dobry przygotowanie wydolnościowe -1 a to bardzo rzadki widok. btw na koniec było minus osiem więc samo to już coś mówi. niemniej mimo, że bez żadnego polotu weszło te pierwsze 3km LT w miarę spokojnie chociaż tylko na 311 watt a w sumie powinno na koło 316. nie miałem jednak nogi, żeby to podciągnąć mocniej tym bardziej, że w tyle głowy były te osiem setki.

pięć minut marszo-biegu i lecę najgorszą część dla mnie dzisiaj. w planie T10 no życzeniowe myślę to 3:59 ale coś se trzeba życzyć w życiu, więc lecę se pierwszą bardziej z górki w 3:54 nie jest lekko, nie jest dramatycznie ciężko, znów bez żadnego błysku i polotu. krótkie przerwy 1;30 to naprawdę krótko ledwo się daje radę wytrzeć, już trzeba zapierdalać z powrotem. a z powrotem już dużo gorzej, więcej pod górkę i wchodzi w 3:56 co i tak mnie dziwi bo odczuwalnie dużo ciężej. kolejne znów z powrotem szybciej 3;53 potem 3:57 i 3:55. średnio jakieś @3;55. ciężko to wszystko wchodzi, cały czas jak na kotwicy. nie ma problemu większego, żeby to zrobić, ale jak mówię ,nie czuć tego błysku raczej orka na ugorze to była.

zostaje 3km tempa połówki, niby wiem, że już nie będzie dramatu ale zrobić trzeba. pierwsze dwa bardziej pod górkę, ostatni bardziej w dół, robi się z tego na całości @4:15 wiec też idealnie wg założeń ale coś mi w tym wszystkim zgrzyta.

wiem, że to nie jest trening, że będzie łatwo, i przyjemnie jak na koncercie ich troje, wiem, ale cały czas mi czegoś w tym wszystkim brakuje. z drugiej strony, to kolejny tydzień ciężkiego biegania, wszystko się nakłada więc tak może ma być ? przypuszczam, że wątpię, ale skoro trening zrobiony zgodnie z założeniami, walka trwa. ten tydzień będzie jeszcze o tyle wesoły, że zapowiadają te wiatry, więc w ogóle może być ciekawie.

wte wewte

cichykot Opublikowane przez:

Bądź pierwszą osobą, która zostawi swój komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.