poranne zorze

3x3km Threshold na przerwie 3 min więc od początki wiedziałem, że łatwo nie będzie.

podszedłem do sprawy z szacunkiem. znalazłem też w miarę kawałek płaskiego z półtora kilometra od domu, więc się robi rozgrzewkę i można od razu biegać, kółko nie jest idealne, chodnik, ale poprzecinany wyjazdem z jakiś hurtowni z jednej strony, z drugiej już lepiej, ale mocno nierówno, z 10m up na tych 1860metrach ale nie ma gwałtownych hopek, tylko generalnie w jedną stronę w dól, w drugą pod górę i można w miarę przyzwoicie trzymać założoną moc.

sam trening poszedł jak to ładnie jest u danielsa napisane, trudno ale wykonalnie. największą zmorą w nim było to, że robiłem go zaraz po 6 rano a o tej porze to ja jak zombi jeszcze funkcjonuję, ale zw względów logistycznych i z powodu tego, iż naprawdę prawie nie wiało, postanowiłem spróbować to trzasnąć rano. wiało naprawdę słabo jakieś 10-12 km/h nie więcej ale zaczęło padać, jak tylko wyszedłem z domu, także po rozgrzewce to wyglądałem jakbym z jeziora wyszedł i pewnie dodatkowe pół kilograma jak nie więcej wody na ciuchach. niby to bez znaczenia, ale jednak przekłada się na niższą moc na biegu bo kg więcej więc tempo niższe przy tej samej mocy.

po pierwszych 500-800 metrów miałem dość, nic mi nie było, ale chyba poranne zorze dały znać o sobie i zanim się jakoś przełamałem było naprawdę nijak i słabo. powalczyłem chwilę ze sobą bo już miałem kończyć i przenosić trening na popołudnie, ale skończyłem w założonych 307 watach. przełożyło się to na @4:12/km więc też fajnie. 50 sekund w marszu kolejne 2:10 w truchcie i kolejna trójka weszła najlepiej, tzn najlżej odczuciowo. pierwsze dwa kilometry nie było co biec, potem coraz trudniej ale do końca bez problemów. 308 watt i 4:11/km przerwa znów ta sama i ostatnie 3 kilometry. tu już nie było tak miło fajnie i przyjemnie, musiałem się zebrać w sobie, niemniej poszło znów sekundę szybciej czyli @4:10/3km przy 306 watach. ale nie powiem, byłem na koniec lekko zmordowany. cieszy mnie jednak, że weszło zgodnie z założeniami. tętna również wchodziły w założone thresholdowe od 171 do 173 więc idealnie w progu, sama końcówką dosłownie ze 100 metrów ostatniego 3 km weszła w 174 ale to dlatego, że była góreczka. całość idealnie w punkt. wrzucę dzisiaj wykresy tętna:

dzień przerwy po tym sobie zrobiłem, weekend miałem wolny więc długi bieg przeniosłem na sobotę. w piątek nie wiem co biegałem sam i dlaczego tak dziwnie, zamiast zrobić spokojne wybieganie to wyszło bardzo lekkie BNP. 10km od 5:22 do 4:35 .po kiego wuja ? co mną kierowało ? no zabijcie nie wiem za cholerę i kompletnie sobie we łbie nie mogę tego ułożyć. biegło się to dość luźno i przyjemnie, ale za cholerę nie wiem po co to było, zabijcie. nie wiem.

sobota 85-95 min w planie. plan zakłada biegać to raczej żwawiej niż słabiej, pfzinger zakładał biegać do maratonu takie biegi 10-20% mniej zakładane tempo maratonu. w moim planie jest raz w tygodniu bieg endurance a te longi napisane jest łatwe tempo. Ja to postanowiłem lekko zmodyfikować i odpuszczam te przeważnie 14 km biegu wytrzymałościowego w tygodniu, jako że biegam dzień po dniu i biegam wtedy wleczone/easy po akcentach, natomiast długi bieg biegam w tempie endurance czyli jakieś 270 watt bo po nim mam tedy dwa dni wolnego wg założeń i mogę odpocząć.

także w sobotę było 20km w sumie bez historii. biegło się to fajnie do 14 km nawet nie czułem, że biegnę, kilometry same sobie szły papam, papam, luz totalny. starałem się pilnować mocy ale cały czas było lekko nad założonym progiem jakieś 275w/km od 14stego zaczęło rosnąć tętno i od razu poczułem, że robi się ciężej, nie jakoś drastycznie, ale odczuwalnie. pierwsze 10km miałem średnie tętno 152 ale od 6stego km chyba przy tych samych watach wciąż jakieś 159 -nabiło to dwa kilometry podbiegu i mimo, że zwolniłem wtedy do 4:50 tętno poszło do góry i tak już zostało. także powrót już było w granicach 162-164 co jest aktualnie moim tętnem maratońskim. nie wysuwam jednak z tego żadnych wniosków bo biegło się dobrze, a tętno jest tylko dodatkowym parametrem dla mnie teraz. niemniej zmęczenie poczułem tak naprawdę dopiero koło 18 kilometra, już chyba dom poczułem, a na ten 18sty zaczyna się długim podbiegiem i już by się chciało kończy. dociągnięte zostało jednak bez żadnych problemów, poszłoby jeszcze i z 3-5km więcej jakby trzeba było, ale nie trzeba było. całość zamknęła w 4:44/275 watt/158BMP chociaż wlałbym, żeby to było przy 148bmp. niemniej waty się zgadzały więc w jebać biedę.

cichykot Opublikowane przez:

2 komentarze

  1. sebbor
    7 lipca, 2020
    Reply

    o 6 rano threshold… ja jestem za drewniany rano na takie harce 😛 chybaz=, że bym zrobił najpierw dychę rozgrzewki to może bym się rozbudził 😛

  2. 7 lipca, 2020
    Reply

    nic nawet nie mów, ta godzina to była tragedia największa. 🤣

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.