świniobicie

5×1600/3min T10 + 4x150m/250m

dwa ostatnie dni wiało, niby to nic nowego i specjalnego, ale wiało tak, że autobusy latały po niebie. w porywach do 80 km na godzinę nawet, nie wiedziałem więc za bardzo sensu biegania czegokolwiek w taką pogodę, a już akcenty szybkościowego to w ogóle. dzisiaj już zdecydowanie spokojniej, więc chciał nie chciał musiał.

dupa ciężką wciąż, rano waga pokazała 73kg i ciągle koło tego się bujam. zastanawiam się nad podjęciem radykalnych środków w tym temacie, co może skutkować gorszym bieganiem, ale jak to mawiał mihumor, żeby pogrubasić trzeba pocieniasić. no akurat u mnie o te pocieniasienie chodzi. temat na osobny wpis i to dłuższy, niebawem pewnie sie pojawi. wracając do biegania, lekko kurwa nie było, że tak to delikatnie napiszę.

te 400 zamieniłem na 3 minuty ze względów logistycznych łatwiej mi tak było. pogoda też niczego nie ułatwiała, odcinek który był lekko w dół wiało w pysk, jakieś 750 metrów – niby nie mocno 10-15/h ale czułem to wyraźnie a po nawrotce było pod górkę, więc można by przyjąć, że całe 1600 na oporze. na kółku było 10m podbiegu, więc nie tak mało wydaje mi się.

chciałem to biegać wg kalkulatora na jakieś 325 watt średnio, ale po pierwszym kole , już wiedziałem, że to ciut za mocno, by było walić tak całość i dwa trzy waty równałem od następnego w dół. ciężki wymagający trening, ostatnim razem dałem radę zrobić tylko 4×1600, dziś też zapowiadało się na klęskę, ale udało się wybronić, nadludzkim wysiłkiem woli, albo nawet dwoma wysiłkami.

pierwsze koło wchodzi w 3:57 z budzika, ale było pewnie 3:56 lub nawet 3:55 bo chciałem zobaczyć, czy muszę latać w koło, czy może jednak dociągnę 1600m po prostej, ale okazało się, że dobiegłem do wjazdu do portu po niecałych 900 metrach i trzeba było zawrócić o 180 stopni i tam na pewno trochę straciłem. dla sprawy to bez znaczenia, ale strata jednak była. dwa tygodnie robiłem ten sam trening na inne trasie w parku, chyba jednak trochę łatwiejszej, a nie dałem rady go skończyć. otworzyłem również w 3:57 i skończyło się to tym, że skończyłem się po czwartym odcinku. tutaj miałem to z tyłu głowy i generalnie przed treningiem miałem to biegać na moc -ale raczej wolniej niż szybciej. wiadomo jednak jak to jest, założenia założeniami a życie życiem. niemniej wiedziałem, że dziś trzeba delikatnie zwolnić bo znów nie skończę. lecę więc drugie w 3:59 i czuję że i tak to chyba jest za mocno. postanawiam zwolnić i kolejne i tak zwalniam, że wychodzi 3:58/km. zajebiście, co jak co ale zwolnić to ja potrafię, biegnę to wszystko tak bardziej na wyczucie, bo żeby się nie nakręcać tempem, wywaliłem średnie tempo z odcinka z zegarka, mam tylko tempo chwilowe więc patrzę tylko na waty i staram się biec koło 318/320 tych wacików. czwarte koło najgorsze chyba odczuciowo, a nawet na pewno, czuję że się kończę jak śliwowica u górala ale wychodzi 4:0/km. ten odcinek 750 metrów po nawrocie jest masakryczny, niby nie mocno w górę, ale czuć to wyraźnie i czuję się tak, że na następny trening chyba raki, czekan i liny zabiorę, żeby się wgryźć w asfalt i wciągać pod górę. ostatnie 300 metrów z każdego koła robi się męczarnią, i-o ile do kilometra jest jak u cioci na imieninach, to po 1200 metrach jest już jak dzień po. męka. naprawdę robi się ciężko, a zwolnić nie można żeby jednak dociągać to jakoś sensownie. podczas czwartego postanawiam skończyć, myślę sobie jebać to, mam dość, to ciężki trening, za ciężki na początek, za szybko poleciałem, nie dam rady, starczy i w tym stylu. jakoś się zbieram jednak, po każdym kółku robię minutę w chodzie i dwie kolejne truchtem, więc podczas truchtu postanawiam, że może jednak zrobię chociaż kilometr a już będzie to lepiej wyglądało. lecę więc z obłędem w oczach, w głowie się tłucze po kiego wuja ja się tak męczę, deszcz napierdala, wiatr w pysk, ale lecę. po 800 metrach zaczyna się pod górę i walczę dosłownie o każde 100 metrów więcej. wiem, że to skończę, ale chcę skończyć w dobrym stylu. tętno dociąga do 178 chociaż wiem i bez tego, że lekko nie jest. kończę w 3:58/km więc jednak udało się zrobić całość.

na koniec zostaje jeszcze 4x150m /250 trucht ale to wiadomo, nie ma się czym przejmować. robię jednak to uczciwie i wychodzą poniżej 3:30/km co jak na mnie jest prędkością kosmiczną 2 stopnia. deszcz wciąż napierdala a jeszcze trzeba wrócić do domu. wyjebany jestem jak sfrustrowany leszcz, ale wyjścia nie mam i dociągam do chałupy.

a jutro tytułem eksperymentu będzie dobicie, kolejne ciężkie bieganie. na papierze wygląda ładnie, ale żeby się nie okazało, że ten papier jak ja-tylko do dupy się będzie nadawał. no ale to dopiero jutro. ktoś ma ochotę pooglądać o czym piszę to tu są linki

Garmin , Strava,

cichykot Opublikowane przez:

Jeden komentarz

  1. Fenix7
    7 lipca, 2020
    Reply

    Full profeska

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.