luźno w trupa

wróciłem w środę do pracy, wydawałoby się, iż to taki odległy czas, bo aż musiałem się chwilę zastanowić kiedy to było. no chyba, że covid porobił dodatkowe dziury we łbie i już nic nie pamiętam, co też jest możliwe a raczej nawet, bardzo prawdopodobne. faktu nie zmienia, że pracować trzeba, z dziurami czy bez. praca na szczęście to nie wymaga żadnej błyskotliwości, wystarczą mocne nogi i inteligencja trzonka od siekiery. znaczy, wpasowałem się doskonale.

w tak zwanym mintajmie sobie biegałem. TAO rozpisuje póki co treningi na bardzo spokojnie i dobrze, bo przerwa była długa. ot, takie truchtania dokładnie po 31 minut. tętno początkowych było standardowo w kosmosie, z biegu na bieg powoli zaczyna się to zmieniać i coś tam spada.

udało mi się nawet na początku dobić na rozbieganiu do 166 przy tempie 5:20 więc w sumie fajnie, bo za jednym zamachem robiłem i wybieganie i coś na pograniczu 2 zakresu z thresholdem. genialna sprawa, człowiek wychodzi potruchtać a tu od razu se akcent machnie przy okazji. niestety z czasem coś się zaczęło normować i coraz słabsze te akcenty wychodzą na rozbieganiu. ratunku upatruję w masie, bo jakoś tak, ja nie trafiłem na covida dietetyka, co to sam kilogramy zrzuca, tylko moje bydle było z serii covid masowy i znów jest ewidentnie z czego robić rzeźbę. co prawda póki co jedyna rzeźba to na treningach jest, ale przecież nie od razu wisłę kijem zawrócono. niemniej jak zwykle do porzygu o tym samym, jak to pisał, nasz wielki, coraz bardziej niestety, zapomniany ed, człowiek z pawiem na kolanie dowie się, że tyje.

wczoraj niestety kalkulator stanął okoniem i zamiast spokojnego rozbiegania, dojebał mi bombę w postaci assessmenta 3.2 km luźno w trupa jak piotrek krupa. nie nie powiem, głupie to nie jest, bo te liczydło też nie jest głupie i widzę, że wypluwa z siebie trening naprawdę dobrze. więc jakiś wsad w postaci cyferek musi mieć, żeby zobaczyć co dalej no i te assy chciał nie chciał biegać trzeba. stresujące to jest i śmieszne zarazem, że stresujące, bo czym tu się stresować niby, a jednak.

podchodziłem do tego wczoraj mocno spięty. co prawda miesiąc przerwy i nasz mały chiński przyjaciel pozwalały na spokojne nieprzejmowanie się cyferkami, ale jednak nie ukrywam, no byłem zestresowany, zły na siebie, że nie pilnowałem wagi, ale przecież jakiś głos rozsądku w tym całym syfie podpowiadał, że jak jestem chory, nie ma co się do tego głodzić. żryć trzeba, żeby przetrwać. żeby nie było nieporozumień, do tucznika mi jeszcze trochę brakuję, na ale byłem już na dobrej drodze, zostać wzorcem trzody chlewnej. strach napisać, ale 74 kg z małym ogonkiem nie cieszy. także tak, stres nie powiem był i to całkiem duży, jak na takie wydarzenie oczywiście.

jak zwykle wiało, chociaż jakoś niespecjalnie mocno, ot coś ponad dwadzieścia na godzinę, zefirek chciałoby się napisać, ale niestety kolejna cegła w murze przeszkadzajek została dołożona. zacząłem lekko w dół, jakieś pierwsze 150metrów, bo pomyślałem, że skoro mam pod wiatr, to chociaż tak se to ułatwię. o matulu to była masakra, wszystko odbyło się bez rytmu, ładu, składu, lekkości, porządliwości, przyjemności i wzajemności.

start za szybki, ale wiadomo w dół było, potem ten dół zaczął się pogłębiać, a ja widzę, że sam sobie ten grób kopię i zaczęło się robić słabo. trasę znam co do metra, pętla ma 1550 tychże, więc bez patrzenia na zegarek od razu wiedziałem gdzie jestem i dlaczego kurwa tak daleko jeszcze do końca. pierwsze postawienie do pionu miałem w okolicach kilometra, ale jakoś się zebrałem, chociaż już zacząłem układać w głowie treść nekrologu. potem nawet fajnie było bo słabo pamiętam kolejny kilometr więc chyba nic ciekawego tam się nie wydarzyło. oo-jedno co pamiętam z tego odcinka, to jakie fajne kolorowe plamy przed oczami, jednak jesień w parku ma swój urok. potem było kolejne , a na chuj mnie to wszystko potrzebne i chęć zrzucenia wszystko na świat cały, tylko nie na siebie miękką faję. ale przypomniało mi się, że te assessmenty miały w opisie, że trzeba zrobić całość, nawet jak nie biegiem to pełzaniem, liczy się czas dotarcia a nie sposób, że za styl to w łyżwiarstwie się punkty daje a nie w jakimś jebanym parku i jak chcę zachować resztki godności, to akurat przez ten kilometr do mety się poszuka sensownych usprawiedliwień. niestety nawet to nie było mi dane. nawet nie pamiętam co w słuchawkach grało, nic, zero. poeta by napisał, że byłem tylko ja i czas, ale chuja tam. nie ma się co oszukiwać, była tylko męka i liczenie każdego metra. udało się to skończyć z tętnem 180 przy szacuję 190max i tempem odcinka 4:01. co prawda potem mi w kompie i na stravie pokazuje 4:02, ale jebać biedę stryd w telefonie pokazał mi 4:01 a przecież wiadomo, że pierwsze słowo do dziennika. ( btw kto jeszcze to powiedzenie pamięta ? )

wnioski są z tego takie, że jeszcze w zielone gramy.

telewizor

cichykot Opublikowane przez:

Bądź pierwszą osobą, która zostawi swój komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.