mercedesy

żeby to jakoś uporządkować postanowiłem ponadrabiać braki chociaż za ostatni tydzień więc dzisiaj będzie nuda, aż do porzygu, będzie się pierdzielić trzy po trzy więc co wrażliwsze jednostki uprasza się o opuszczenie strony, dalsze czytanie grozi ślepotą i robakami w tyłku a autor nie zwraca za żadne rachunki od psychiatry.

zeszłą niedzielę skończyłem lekkim przytupem, ale zarazem też z letka był to przytup oszukany, ale tak krawiec krają jak mu wieczorem staje, chciałoby się powiedzieć.

cały zeszły tydzień wiało. co tu zresztą mówić- wiało. napierdalało tak wiatrem, jak pan zenek młotkiem po stole na praktykach w POMie. piłowane było na każdym treningu niemiłosiernie, a po sobotnich podbiegach kiedy to okazało się, że jednak można cofać się biegnąc w przód-postanowiłem zrobić system w wała.

do zrobienia systemu w wała potrzebujemy :syna lub córki, najlepiej własnych a nie sąsiada, ewentualnie kolegi w czarnym BMW- gdyż niezbędnym nam jest osobnik pełnoletni, dysponującego pojazdem i prawem jazdy, który to wywiezie nas za miasto- jak raz, nie w charakterze pasażera bagażnika, z adidasami zrobionym przez spółdzielnie pracy „cementowe szczęście” a jeno na tylnem siedzeniu- celem zrobienia przyrody w bambuko.

takeż i ja zostałem przez pierworodnego w niedzielne kiedy ranne wstają zorze, wykiprowany 12 km za miastem celem napierdalania thresholdu, chociaż raz z wiatrem w plecy.

3x10min+5min/2 min przerwy i tak też było. pierwsze 10min jeszcze słabo bo i zimno i ciemno i do domu daleko a do tego boczny wiater w ryj, ale poszło po jakieś 4:08/km potem dwie minuty spokojnego truchtu, wiaterek już w płacy i kolejna dziesiątka, chyba najbardziej reprezentatywna, bo relatywnie płaska i wiatr zasłonięty nie przeszkadzał a pewnie ciut pomagał. 4:01 wyszło średnio, dwie minuty minęło tak szybko jak 120 sekund i znów do boju tym razem ewidentnie było w dół i całość zamknięta w 3;54 i na koniec ostatnie 5 min już pod góreczkę ,ale zamykam bodajże w 3:58

całość do obejrzenia tutaj jak ktoś ma ochotę na takie zbytki. fajne porządne bieganie i mimo że jak pisałem lekko fałszywą monetą podbite, niemniej uciszony byłem nim mocno.

biegam teraz ( a przynajmniej tak się staram ) żeby było te 5 dni treningowych, więc poniedziałek luz a we wtorek 16km ze żwawszymi 10minutami na koniec stało w planie. wymęczone to było z zębami na wierzchu, przez tego kurwiego syna winda ale jakoś te 10min na koniec po 4;24 zrobiłem bez żadnego problemu a całość wyszła 4;43 bodajże. potem w środę zrobiłem tzw recovery, które to ewentualnie, można by posądzać o koneksje z recovery po tętnie, które średnie było 138 czyli sam top przedziału recovery u mnie, ale niema się co czarować, ten czarci syn dalej swoje gwizdał i aż mnie zatrzymywało momentami, także wuja tam było a nie recovery, tym bardziej, że po 4;51 to weszło, więc tylko ma to wspólnego z recovery co ja mercedesami czyli nic, posługując się klasykiem.

czwartek już wiało dubeltowo, więc stwierdziłem, może i ja jestem głupi ale nie popierdolony i dałem sobie całkowicie na luz zamiast kolejnego „recovery” w piątek w ramach odnowy biologicznej walnąłem 4 piwa. starość nie radość jednak i czułem się w sobotę po tych piwach jakby miał prawie 51 lat. no ale przynajmniej wiatr nie przestał wiać i już po kilometrze rozgrzewkowym odeszła mi ochota na podbiegi i stwierdziłem -robię 5 w tempie śmieciowym skoro się tak czuje z wiatrem w pysk pod górę a potem nazad do domu się zobaczy. pokulałem te śmieciowe po 4;36 ale i niby w tym mitycznym 2 zakresie, więc tętnem nawet nie zahaczyłem o MP ale co się namordowałem to moje. za to z powrotem już było lepiej, bo i piwko wyparowało i wiatr w plecy i jakoś tak się lżej na duszy zrobiło po użalaniu się nad sobą i kolejne 5 weszły jak te wczorajsze 4 piwa, bez bólu i problemu po 4:12.

a w niedzielę jak to w niedzielę, obudziły mnie dzwięki wyjących syren i wojsko na ulicach rozstawiające działa przeciwlotnicze, ale szybko się okazało, że wiać po prostu przestało i tylko kosze na śmieciu pomieszane ze statkami z nieba spadały a nie jakieś tam bombardowanie…ech…

w planie było h1:40 easy, ale się doczytałem u mcmillana, ze od czasu do czasu poleca urozmaicenia tych biegów, coby sobie je podzielić na 3 bloki i zrobić lekki bhp czy tam bnp.

no to zrobiłem, tylko chyba słowo lekkie ma u nas inne znaczenie więc postanowiłem zrobić to na moc. ustawiłem sobie zakresy 6km/2/3/4 strefa i pogalopowalim świńskim truchtem w kierunku niepełnionych marzeń.

biegałem to jak większość szybkich treningów na pętelce kilometr od domu, która ma ta zaletę, że jest kilometr od domu. no i rano w niedziele jest tam pusto. paza tym jak kutno w nocy, brzydka, nierówne chodniki, w jedna stronę w dół- w drugą o dziwo do góry, dwa ostre zakręty o 180% i przy samym porcie, więc nawet jak nie wieje to wieje.

mus był jednak i mimo lekko drewnianych nóg cała kobyła weszła dobrze z naciskiem na nawet bardzo kurwa dobrze.bo nawet jak wiało to jednak nie wiało.

wykresiki tutaj, ale dla leniwych czyli dla wszystkich, podaje tempa 6@4:49/6@4;27/6@4;12. czad komando tilit, jak to się kiedyś mawiało, bo mimo, że trening trudny to jednak bez zaciskana pośladków zrobiony i nic nie było piłowane do samego końca. zadowolonym, nawet bardzo, ale na takie eksperymenty nie będę sobie pozwalał za często, bo jednak to kawał kobyły było, a w planie jak patrzę tez lewej nie będzie od niektórych treningów to mi nawet włosy zaczęły rosnąć na głowie, chyba w celu, żebym se je miał z czego wyrywać, bo to jednak z pleców mniej wygodnie.

cichykot Opublikowane przez:

2 komentarze

  1. Jarek
    22 lutego, 2021
    Reply

    ja bardzo ale to bardzo doceniam twój niedzielny bieg 💪😁

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.