świniobicie

po względnym spokoju z ciężkimi treningami, plan zaczynał pokazywać, że być może i w tym szaleństwie tkwi metoda, ale póki co, to tkwiła wielka gula w żołądku a i pampers też nie był świeży na samo wspomnienie o czwartkowym treningu.

wtorek, środa pobiegałem sobie easy, ale z powodu tegoż, że wiało, te easy to było tak raczej w 2 zakresie bym powiedział. no ale na papierze stało easy to było easy, coś lekko poniżej 5min/km więc easy easy na 100% a ja osrany coraz bardziej po tym easy, przeniosłem trening z czwartku na piątek, bo jednak miało wiać trochę mniej.

i w sumie tak było, ale uwaga będą bluzgi, pierdolę tą pętle koła tego jebanego portu. kurwa tam zawsze jest przejebane i na tym koniec bluzgów- a ja debil skończony jeszcze się nie nauczyłem, że nawet jak koło domu nie wieje a wciąga, to tam i tak wieje i zawsze w tej samej konfiguracji. 800 metrów wiatr w pysk ale droga lekko w dół-na powrocie pod górkę, wiatr w plecy. I tak też było tym razem, nie inaczej bo skądże by miało być. ja po raz siedemdziesiąty szósty sobie obiecuje, że tam nie pobiegnę a pewnie znów się skuszę kolejnym razem. chociaż mam nadzieję, że jednak nie.

piątek mnie zaskoczył z nienacka, był cały dzień czwartek a tu nagle budzę się rano i już piątek. cóż szybkie trzy zmiany zmiany pampersa w pracy i chciał nie chciał musiał iść napierdalać swoje.

w planie stało 2-3razy 5km Goal Pace na 2/3 min break.

o matulu, ale że jak to gola w pace ? a skąd mnie to wiedzieć po ile to liczyć ? podumał ja jednak chwilę i przypomniało mi się, iż stryd pokazuje na podstawie ostatnich 90 dni bodajże, w każdem razie na podstawie poprzednich biegów propozycje mocy docelowej na dany dystans. mnie pokazał 295watt na połówkę a jako, że już kiedyś biegałem 5 mil na ta moc docelową stwierdziłem, że to bardzo dobry pomysł i ustawiłem sobie na 300 watt bo wiem, że delikatnie to zaniża.

pomysł był tak dobry, że adam słodowy jakby żył to od razu by skopiował i zrobi z tego użytek, niestety, z tego co wiem wciąż nie żyje, więc jakiś czas na te użytki poczekać trzeba będzie.

pierwsze koło 1850 metrów lekko za wolno, tzn ciut pod mocą bo jakoś tak 296 chyba było, ale na kolejnych się lekko poprawiałem, jeszcze radosny, jeszcze nie zmęczony, skowronek jakiś jebany o poranku normalnie. w połowie dystansu spojrzałem po raz pierwszy na tempo i jak zobaczyłem, że jest 4;11 to wiedziałem, że trafione jak instrybutor i nie powiem podbudowało mnie to lekko.

plan minimum był zrobić 2×5 a potem się zobaczy. 3 minuty brejk i poszły konie z kolejną piątka. tu już nie było tak uroczyście, na świątecznym obrusie zaczęły się pojawiać pierwsze plamy, ale jeszcze barszcz nie wylany, jeszcze wujek władek nie napierdala ciotki jadzi, jeszcze w zielone gramy a dzień jest nasz. dowiozłem to w 4;10 ale już mnie kurwica brać zaczęła powoli, bo z górki zamiast odpoczywać, przez ten pierdolony wiatr, odbywało się takie regularne piłowanie, że zbiegli się przedstawiciele wszystkich okolicznych tartaków oglądać.

dość powiedzieć, że z w dół szło po około 4;12/14 a 4;08 to już byłem piekarski na mękach a odcinek lekko do góry „bez problemu” wchodził po 4:02-05 i był to wywczas.

żeby też nie było nieporozumień, że po jakiś rysach biegałem, to nie jest dużo do góry- myślę, że maks 3% ale jak człowiek jedzie na granicy siebie, to nawet metka w koszulce zaczyna ważyć 3 kg.

na szczęście nawet nie bardzo się musiałem zmuszać do trzeciej piątki i tez weszła bez zostawiana 3 lat życia na asfalcie. nie powiem, że lekko i przyjemnie, powiedzmy raczej, że jak wizyta u proktologa ( w sumie nie byłem nigdy ) ale tak se wyobrażam, pośladki zaciśnięte, ale jak trzeba to palca włożysz. weszła też najszybciej bo 4:09/km tutaj jest dobranocka na stravie do oglądania w tym temacie.

zadowolony byłem więcej niż bardzo z tego treningu, bo ostatni raz 3x5km w tym tempie biegałem w 2009 roku w kwietniu i w maju nabiegałem z tego połówkę 1;26xx a a tam były wtedy zdecydowanie lepsze warunki, a do tego biegałem to z kumplem który robił za zająca.

w sobotę w nagrodę miałem tak drewniane nogi na razbieganiu, że że pinokio przy tym był jak ten plesteliniwy ludek ale udało się w końcu zaliczyć easy powyżej 5/km i w nagrodę postanowiłem walnąć sobie 4 piwa.

ta nagroda nie wyszła jednak na zdrowie bo zdrowie widać już nie te do browara i zamiast 16 rozbiegania z lekko lżejszą końcówką było 7 rozbiegania z ostatnimi pięcioma kilometrami po 4:06. taka kara za ochlejstwo. weszło dość cieżko, ale bez żadnego dramatu. pilnuję się z tym mocno bo mimo, że nie jest to jazda po krawędzi, to jednak blisko bandy i nie mam zamiaru przeginać. tym bardziej, że w czwartek kolejne świniobicie, a może nawet rzeź niewiniątek mnie czeka.

cichykot Opublikowane przez:

Jeden komentarz

  1. Januszekwiatuszek
    1 marca, 2021
    Reply

    I znowu wiało….
    Musisz zamieszkać z kipchoge w tedy będziesz narzekać na temperaturę

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.