krzyżacy

tydzień był podły jak dusza komornika i męczący jak wizyta teściowej. generalnie wszystko w nim było do dupy, źle się działo w państwie duńskim i trzeba to było jakoś przetrwać.

odbiło się to wiadomo -na bieganiu, chęci nie było na nic, typowa pańszczyzna pomieszana z jałmużną i to taką, że nawet dziady proszalne by się wstydziły brać.

pierwsze trzy dni typowe memłanie kilometrów w tempie powolnym, niestety, pogoda też postanowiła dojebać swoje, więc nie było żadne tam tempo spacerowe bo nie było możliwości i tyle. pewnie zawsze można by powiedzieć, trzeba było zwolnić i spokojniej biec, ale dupa tam a nie takie bieganie, to chyba wolałbym w ogóle nie wychodzić, generalnie trening jak jak najszybciej zaliczyć i zapomnieć.

w sobotę chciałem polecieć threshold, ale namotałem i nakręciłem w zegarku, ustawiłem autoalapa, nakombinowałem z pomiarem tętna i tak się wkurwiłem, że stanąłem po pierwszym km rozgrzewki, skasowałem trening i postanowiłem poleciec parę km Tempa Maratonuz tego wszystkiego. biegło się jakoś słabo na początku, ale z kilometra na kilometr było już lepiej i spokojnie dokulałem do 6kilometrów i nawet błysnęło we łbie, może jak tak dobrze idzie to dowalić ze 2 jeszcze, ale nie, postanowiłem 6 i basta. weszło gładko po 4:16 na tętnie też maratońskim bo około 158 średnio.

aż zdziwiony byłem jak gładko tym bardziej, że biegałem to na pętli, co to wiecie, niech mnie szlag trafi jeżeli raz jeszcze na niej pobiegnę. wyszło raptem 10km, tygodniowy wkurw nie minął ale trening fajny był i basta.

aha biegałem to w Hookach carbon no i po raz kolejny się okazuje, że mi one jednak nie podchodzą, nie wiem dla czego ale mimo usilnych prób słabo mi się w nich biega. za twarde są, albo ja za miękki ale coś mi w nich nie leży. nie wywalam, bo może jeszcze dorosnę do nich, pyzatym worek pieniędzy kosztowały, więc jakby co po gumnie będę w nich chociaż chodził, ale na dzień dzisiejszy słabo z eksperymentami w tym temacie.

żeby jakoś tydzień zakończyć, już nie mówię przytupem, ale jakimś chociaż klapsem, poleciałem 3×12 minut tempa śmieciowego na 5 minut urlopu.

dla odmiany biegałem w parku i tam jeszcze gorzej niż na pętli co to już na niej w życiu nigdy za chiny ludowe nie pobiegnę, paniusie w ilości dwunastu na chodniku szerokości 1 metra z psami ilości trzydziestu czterech do tego tak zaplątanych we smycze , szelki, kamizelki i inne felki, że normalny pająk by się powiesił, jakby zobaczył tą pajęczynę i to na tych smyczach więc nie ułatwiało to w niczym zadania.

postanowiłem się jednak nie wkurwiać i po prostu biegłem wtedy po trawniku, na szczęście w miarę suchym. zrobiłem to sobie spokojnie narastająco, każde dwanaście minut szybciej. weszło po średnio 4:28/4:24/4:18. szkoda tylko, że wiało coraz mocniej mocniej i tętno się już na ostatnim kilometrze zbiesiło i dobiło pod 164, ale całość weszła 14km po 4:34 na tętnie średnim 151 więc fajno fajn.

cichykot Opublikowane przez:

4 komentarze

  1. Januszekwiatuszek
    7 marca, 2021
    Reply

    Psy w parkach bez smyczy to masakra. Ja już nie raz jednego pod nogami miałem

  2. Skoor
    8 marca, 2021
    Reply

    Nie chwali się, ale rywalizacje wygrał w tym tygodniu. Niepotrzebna skromność XD

  3. sultangurde
    8 marca, 2021
    Reply

    Parki najlepiej wcześnie rano albo późno wieczorem.

    • 10 marca, 2021
      Reply

      no tak, ale akurat polski sklep musiałem po drodze załatwić i godzina była jaka była. tam zawsze tłok bo duży i ładny park, staram się unikać, chociaż mam nadzieję, ze park runy zaraz wrcóca to co tydzień bym chciał 5km napierdzielać 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.