puszcza

nogi są ciężkie jak z waty a w powietrzu brakuje już płuc. tym cytatem z klasyka można by się posłużyć w opisie sobotniego treningu, ale jak zwykle mimo nudy wcale nie ma nudy, więc standardowo lecimy od zmiany, zmiany, zmiany.

albo i nie. wracamy do początku biegowego tygodnia, czyli tym razem zaczynamy tydzień o dziwo od poniedziałku. patataj patataj, raptem osiem kilometrów, bo środa czwartek już żwawiej zapowiedziane było. z zeszłego tygodnia, puściło wszystko, no może oprócz zwieraczy, więc śmiało można znów było lekko dołożyć co też i nastąpiło mimo wiatrowych zwirowań.

kurwa, zaraz, przecież ja w poniedziałek byłem się zaszczepić. cholera, jak te tygodnie potrafią się mieszać, naprawdę, chyba jakiś pamiętniczek będę musiał założyć, bo ciotka geriatra i ten no , jak mu tam było, a już wiem, wujek altzhaimer czy jak on się tam nazywam, chyba w odwiedziny dłuższe się wybierają do mnie patrząc na to jak daleko sięgali i gdzie pamięcią.

no więc mimo, że zdanie nie zaczyna się od a więc, no więc astranezeca płynie w krwi mojej, fajnie to w nocy wygląda, bo zamówiłem tą lepszą wersję z czipem fluorescencyjnym i teraz jak idę tam, gdzie nawet harpagan chodzi na piechotę, te wyglądam jak ten ludek z awatara, tak świecę. a i gps od razu lepszy, tyle, że baterię więcej teraz żre w telefonie, ale coś za coś.

także, poleciałem na te osiem kilometrów od razu po oxfordzie i nic mi nie było a na drugi dzień też nic i nawet na trzeci i czwarty. co więcej do dzisiaj nic mi nie jest, także można by już mówić, że długofalowe działanie przynajmniej u mnie nie przynosi żadnych widocznych efektów ubocznych.

wtorek środa pobiegałem sobie właśnie pierw 3×12/5 min przerwy i 3×12 też 5 minut przerwy. jak wspominałem wiało, wiało, wiało, ale chociaż w środę było słoneczko i udało się pobiegać to miłych okolicznościach przyrody. weszło we wtorek w 4:24 a w środę nawet w 4:21 średnio i byłoby to fajne dobre bieganie, gdyby nie wiatr wiatr wiatr, ale jak już pisałem do zarzygu nie ma inaczej ostatnio i wygląda na to, że mieć nic innego nie będę.

jakoż, że dalej ofiarą zdrowego zdrowia jestem to czwartek, piątek zrobiłem sobie wolne a nawet się lekko poalkoholizowałem w czwartek. w tym celu zanabyłem wyroby przemysłu browarnianego w ilościach śladowych i mikroskopijnych bo raptem sztuk trzech 0.5litra sztuka w sztukę każda i wciągnąłem je od razu na jedno posiedzenie, co ani nie jest wynikiem plasującym się nawet w dolnych granicach przyzwoitości, ano też powodem do jakieś szczególnej dumy i chwały, niemniej warte zauważenia bo to już chyba 2 raz jak piję piwo w tym miesiącu więc widać wyraźnie, że wkraczam na równię i równia ta pochyła już jest i to pochyła do dołu, a jako, że w przyszły piątek mam urodziny wygląda na to, że i trzeci raz się przytrafi.

teraz wata, nogi i powietrze, czyli sobota nam nastała anno domini piąty dzień po szczepieniu.

w sumie to cały czas lecę planem SBB ale sam już nie wiem, czy ktoś czyta te wpisy, czy mają być dłuższe bo ja to tak mogę pierdolić bez sensu całymi stronami, tylko, czy ktoś to czyta, czy jeno ogląda obrazki.

pisać proszę w komentarzach do bloga, bo szkoła SBB wydaje mi się interesująca, zbieżność nieprzypadkowa, jak ktoś doszukuje się podtekstów, ale póki ja piszę nie wy w komentarzach, niemniej według szkoły SBB zamiast planowo polecieć jakieś 3x8min LT postanowiłem wypierdolić plan do góry nogami i weszły dzisiaj podbiegi mocno i konkretnie. niby tylko 10 szt po 210 metrów na jakieś 310metrow zbiegu to jednak weszły dobrze i konkretnie a do tego jak strava pokazuje najszybsze w historii tychże. dostałem nawet CR widać, mało kto tam biega a raczej nikt skoro mnie dali.

a niedziela klasyka czyli 16km tempa czy tez raczej mojej szkoły 2 zakresu, znaczy biegane pod tętnem maratony, albo samej dolnej na krawędzi tegoż. poszło nudno i spokojnie, bez problemów i zacięć, jak dobre golenie. nawet nie wiało za bardzo, kręciłem swoje pętelki 900 metrowe, nuda jak panie w polskim filmie, ale z kółeczka na kółeczko szło coraz lepiej, jak się wbiłem już w tempo, to nawet koło 14 tego kilometra pomyślałem czy by jeszcze jakichś trzech po 16stu nie dokręcić po 4;10 bo lis była i swoboda jak dziewczyna młoda ale głupie myśli pognałem precz i skończyłem równiutko po 16km tak jak bizon przykazała. weszło toto wszystko po 4:24 na tętnie 152, ale wiadomo, że tylko początek był na niskim a ja ślizgałam się większość czasu w okolicach 156-159 paroma chwilami dobijając do 162 ale to było pod wiatr i lekko pod górkę te momenty. cieszy to, że kawałek prostej i mimo wtedy żwawszego tempa, to tętno spadało o te dwa trzy uderzenia i już było w granicach 157. no zadowolony jestem z tego treningu jak z nowego obiektywu, tym bardziej, że jednak nogi dostały wczoraj swoje po dupie.

a od przyszłego tygodnia zapierdol konkretny momentami się zapowiada, aby tylko pogoda na to pozwoliła.

cichykot Opublikowane przez:

Bądź pierwszą osobą, która zostawi swój komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.