The LUMBERJACK

tydzień zaczął się na wesoło, czyli jakimś jebanym sztormem czy co tam to było. nawet wiedzieć nie chcę, wystarczy, że w poniedziałek na dzień dobry z prezencie wiatr w porywach był do 80km/h. faktem jednak jest, że uk też miało niedzielę w poniedziałek, więc cały dzień wolny, można było wyczekać i udało mi się wstrzelić w okienko pogodowe i „tylko trochę” wiało i „tylko trochę” padało, więc regeneracyjne poleciałem 10km, w tempie dość żwawym, ale tętno pokazywało, że mogę więc nie biegłem sobie spokojnie, lekko żwawiej, ale odczuci owo, nie czułem że całość weszła po 4:37. ot tyle. że kwiaty ładnie w tym deszczu na zdjęciu powychodziły, więc są też jakieś plusy plusowe w tym całym syfie za oknem.

wtorek zrobiłem sobie wolny, zajęty niczym byłem, no może kończeniem kopiowania do Worda kupionych planów treningowych mcmillana bo okazuje się, że nie dość, że nie ma ich w wersji do druku, tylko można przesłać do traininapeaks lub finalsurge, to dodatkowo znikają po jakimś czasie. ja rozumiem, że kasa, że biznes i inne takie, ale kurwa na boga, to tak jakby Ci książka kupiona na kindla zniknęła po miesiącu. ja w każdym razie, poświęciłem dwa popołudnia i skopiowałem sobie wszystko.

faktem jest, że oryginalne zaaplikowanie planu od razu wbija te treningi do zegarka, że ładnie jest wszystko potabelkowane, pomierzone, poważne, ale nosz karważ mać, nic nie tłumaczy tego, że plany mają określony termin ważności a potem znikają. ja już mam z głowy, bo se wklepałem w Worda, a zrobieniu treningu do zegarka, jeżeli jest jakiś „skomplikowany” nie zajmuje więcej niż paręnaście sekund i tak zamierzam w chwili wolnej uczynić, zrobić je sobie wszystkie na moc i dodać do odpowiednich katalogów w finalsurge, gdzie nie dość, że je będę miał na wieki wieków amen, to jeszcze synchronizują się z zegarkiem i to bez pobierania żadnej monety za to.

żeby nie było, ja nie jestem z tych co żerują na czyjejś pracy, nie raz zdarzało mi się wysłać tipa paypalem twórcom darmowych aplikacji, jak widzę, że warto, bo doceniam czyjś trud i chęci, no ale rżnięcie mnie w tyłek i to bez wazeliny – to ja niekoniecznie jestem, aż tak postępowy, więc co moje sobie zachowuje a dymać to my a nie nas. może jakby zarabiał trzy średnie krajowe, to bym się nie zastanawiał i se co roku kupował nowe plany, ale póki co, nie zanosi się nawet na półtora minimalnej, więc wole sobie zachować to, za co uczciwie zapłaciłem.

pomijając politykę monetarną pana macmilana, czemu w sumie niespecjalnie się dziwie, skoro są chętnie do płacenia, trzeba im na to pozwalać, wszystkie trzy plany znaczy 10-21-42km level 4 są bardzo mi odpowiadające, mają fajne jednostki treningowe, ale na pewno nie są to plany od zera do bohatera w 35km na tydzień. nie, jest tam ciężka konkretna robota, być może nie nastawiona na zajebanie przeciwnika, ale dopierdolenia mu zdrowo, to już napewno. tam jest kawał solidnej roboty do zrobiona, np do maratonu longi się trafiają tego typu:

Fast Finish Long Run: 16 to 20 miles (25-32km) total with the last 6 to 8 miles (10 -12km) at Goal Marathon Pace or faster. Or, insert a 10K to half-marathon RACE.

lub

22-28 mile (35-45 km) Long Run
OPTIONAL: Advanced runners may run this long run as a Squire’s or Pace-Change Long Run (Details here: https://www.mcmillanrunning.com/5-proven-marathon-long-runs/)

czy o dziwo stare dobre, pewnie już trochę zapomniane yasso. pacz pan, kto by się spodziewał.

Yasso 800sCoach Notes:
Yasso 800s are a great predictor workout if you run them correctly. I find they predict your marathon time within 5 minutes. See my article on marathon predictor workouts: https://run.mcmillanrunning.com/3-great-marathon-predictor-workouts/

na pewno nie jest to hansonoswskie podejście, którego nie krytykuję, ale mi one nie podeszło. zbyt monotonne i być może jednostki średnio do mnie trafiające, ale też być może, nie byłem gotowy na hansonów ten rok wstecz, jeszcze za słaby kondycyjnie, a teraz możliwe, że te wybiłby mnie ten plan panów H w kosmos, możliwe jest wszystko. niestety bieganie, to nie jest pompowanie kół na czas, gdzie można co minutę se spuszczać powietrze i zaczynać od nowa, ale wszystko wymaga czasu. truizmy, truizmy oczywiście, jak i ten, że każdy z nas jest inny i potrzebuje innych jednostek, no ale tak właśnie jest niestety i aby się o tym dowiedzieć trzeba trochę więcej czasu niż gotuje się szparagi.

środa neuromuskularna w planie, cokolwiek znaczyć by to nie miało, dobrze w dupsko weszło, niby tylko 10x20sek bardzo mocnego biegania na minutę przerwy w truchcie. zmęczony byłem po pracy ale starałem się biegać to ładnie, równo, tempo żenujące niestety, coś koło 3:30 ale też stryd przekłamuje mocno na krótkich odcinkach, niemniej no nich nawet 3:15było to i tak w niczym ślimak ze złamaną nogą w ciąży, ale no tak jest i cieżko idzie, żeby było lepiej jeśli o ślimaka chodzi.

jedyne co mie pociesza na podstawie wniosków wyciągniętych z fusów, że krzywą zwalniania mam małą, znaczy, typem sprintera to ja nie jestem zdecydowanie, ale tempa biegów na różnych dystansach różna się nieznacznie więc jest szansa, że szybciej może biegać już nie będę ale dłużej w mocnym dla mnie tempie, być może.

w międzyczasie, czwartek pokazała swe diabelskie pogodowe oblicze. od rana cała szyba w lodzie w aucie, wiatr, ulewy, czasami słońce na 10 minut i znów taki combo do zapętlenia i zarzygania, jebana masakra jednym słowem a wyjść trzeba było, czy się chciało czy nie chciało. a się nie chciało za skurwesyna, jak patrzyłem na to co za oknem nosz kurwa płakać się tylko chciało. kombinowałem, może odłożyć na piątek, może rozgrzewkę zrobić tylko 5minut zamiast 25 albo może w ogóle jebnać to wszystko i iść kupić piwo, niemniej skończona głupota i wrodzony upór spowodował, że wygrała wersja, iż jednak postaram się pobiegać te założone 40min steady state run, znaczy tempa pomiędzy 4;10-4;20 znaczy tak zwany polski drugi zakres chyba-gdyż jak wiadomo, co biegacz, to inna interpretacja tego zakresu. wg mcmillana, to jest ten punkt na mapie thresholdu, jeszcze ciut przed progiem, czyli przed tempem biegu na godzinę.

wiatr nie dosyć, że koło 30/h to jeszcze wiał jebaniutki w takiej dzidowskiek konfiguracji, że musiałem się zdrowo nakombinować, żeby jakoś to w całość zebrać. biegałem to wszystko w te i nazad, a potem nazad i w te. w sumie to można by, kawałek dobrego opowiadania z tego biegu zrobić. spróbuję.

jak wracałem z pracy do domu, nie padało, nawet słońce się pokazywało ładne, wiatr pominę zasłoną milczenia litościwą, więc, oprócz tego, że na krótko, co być decyzja oczywistą, to jeszcze zapadła druga decyzja, myślę, że kluczowa dla ten treningu-wychodzę. bo nie było to oczywiste do ostatniej minuty.

stoję przed chatą, łapię gps i słoneczko i myślę, dobra lecę rozgrzewkę w lewo pod ten skurwiały wiatr, maksymalnie ile się da, potem wracam, lecę ze 30 min z wiatrem, ale generalnie pod górkę z dwukilometrowym podbiegiem, potem wracam i kończę ostatnie 10 minut z wiatrem i robię schłodzenie pod tą kurwę. no plan genialny w swojej prostocie i pięknie miało być i radośnie, ale po co kurwa, po co?

tylko wylazłem po pierwszych 500m, nagle ktoś zniknął słońce, temperatura tak koło 3 stopni w tym znikniętym słońcu się zrobiła, odczuciowo z minus 30 bo wiało i zaczęło się. żeby to deszcz, ale skąd deszcz, regularny grad takie drobniutkie kuleczki lodu prosto z nieba, ale tak napierdzielało z dobrych 10 minut, że bałem się, łysinę mi potnie- ale jednak nie, dziur tylko w mózgu przybyło parę do tych już istniejących i o dziwo, okularów nawet nie zbiło, więc może po prostu dramatyzuje, miękka faja ja, ale wiadomo, opowieść to opowieść, prawa swoje mieć musi.

prawdą też jest, że te 3 stopnie to były na plusie, tak myślę, więc może faktycznie nie ma co za bardzo jojczyć, tym bardziej, że po tym gradzie, to już normalnie lać zaczęło, więc od razu się zrobiło miło i przyjemnie. najbardziej -widziałem- było miło, tym w samochodach z włączonym ogrzewaniem. coś zresztą w tym być musiało, bo przyznać trzeba, że co krzyżówka, czy czerwone światła, to każdy stawał i mnie przepuszczał, co jest o tyle dziwne, że za przejechanie nienormalnego, dają przecież taki sam wyrok jak za zwykłego obywatela, ale widać nikt nie chciał mieć w czwartek idioty na sumieniu.

także rozgrzewka była taka rozgrzewkowa, jak córka młynarza cnotliwa. trzy dwa jeden start i z wiatrem ale pod górkę poszło tempo, na początek w miarę spokojnie po 4;14/15 biegło się całkiem komfortowo, deszcz nawet za bardzo już nie przeszkadzał tym bardziej, że prawie wcale nie padało, a wiało głownie w plecy. co prawda jak zaczęłam ponad dwukilometrowy podbieg to okazało się, że tez potrafi wiać i w pysk, ale jak ten ruski sałdat, wyboru żadnego nie było, ino do przodu.

nie powiem ten podbieg, nie to, że zniszczył mnie, nie, w żadnym wypadku, ale po płaskim byłoby na pewno znacznie swobodniej i przyjemniej, a tak musiałem się przyłożyć do roboty, bo nagle szkoda tego tempa 4;15 mi się zrobiło. po tym poleciałem w te, już w miarę po płaskim, jeszcze koło 2kilometrów i trzeba było nastawić się na zabawę w nazad. w tak zwanym międzyczasie, średnie tempo zeszło na jakieś 4;13 ale zaczęło się halsowanie pod wiatr. sam nie wiem co gorsze, ale w drugą stronę mimo, ze tym razem z górki większość, wcale nie było lepiej, bo dmuchało solidnie, a nie tylko było z górki przecie. starałem się jednak trzymać swoje, widziałem, ze tam gdzie na chwile mnie zasłaniało lub było spokojniej, szły odcinki bez problemu po 4:06/07 a i padać przestało i słoneczko się odzniknęło chociaż na chwil parę. czekałem jednak z utęsknieniem końca bo mordowałem się co nieco pod tego luja łinda i to raczej pod większe co nieco,

statystyka odcinka pokazała, że skończyłem ze średnim tempem 4;11/158bmp czyli 83% tętno praktycznie bez dryfu a i moc , jeszcze pod Thresholdem więc suma sumarrum dobry trening. nawet bardzo dobry. no może poza samym schłodzeniem, bo wiać zaczęło coraz bardziej, znów padać a ja miałem tego już serdecznie dość i zamiast planowanych 20/25minut zrobiłem koło dziesięciu prosto do domu, a i tak złachany byłem tym powrotem gorzej chyba niż tempem.a schłodzony lepiej niż opalający się eskimos.

w sobotę luzniutkie bieganie po parku z kumplem, na jego trening AI 3×12 minut, ale po 4:48 te 12minutówki, więc było to izi- tyle, że z szarpanym lekko tempem, niemniej życie towarzyskie też ma swoje prawa i fajnie było w końcu do kogoś gębę otworzyć na treningu.

w sobotę też z samego rana, przyszły zakupione endorphiny pro i niedziele czas na próbę nastał. próbę butów oczywiście bo wiadomo, że nie dało się nie odpuścić takiego tematu.z tymi zakupami też dobry kanał, ale w następnym wpisie się z tym rozprawimy.

żeby było wiadomo nimi co i jak postanowiłem pobiegać, coś co stryd nazywa The Lumberjack.

czyli 3100 rozgrzewki ( pętla odmierzoną kołkiem, więc będzie wiadomo, czy stryd mnie nie rżnie w nowych butach a potem 4×400/2.30=10min tempa+4×400/2;30=10min tempa+4×400/2;30 + schłodzenie.

ciężką konkretna robota, chociaż nie zamierzałem się jakoś specjalnie przejmować ani tempami, ani niczym, w końcu to tylko urozmaicenie niedzielnego Longa a nie jakiś tam konkretny trening jakościowy, chociaż oczywiście, nie jest to już swobodne i luźne klepanie kilometrów a konkretny, mniejszy lub większy akcent.

taki był plan, ale nie wziąłem kotów pod uwagę. a te obudziły mnie już przed piąta, więc po godzinie 7 rano, byłem już nakawowany, natoaletowany, nie padało i nawet za mocno nie wiało, więc mimo, że nie przepadam za akcentami z rana, nie zastanawiałem się za wiele, nowe trampki na nogi i zadowolony jak głupi z bateryjki, do parku.

tam pusto na szczęście, jak wspomniałem wiało niezabardzo jak na moje warunki, więc rozgrzewka i widzę, że kapcie niosą dobrze, tempo średnie 4;42 wchodzi bez niczego, czuć jednak że buty są twarde dość i w pełni wykorzystuje się je przy żwawszych tempach. muszą dostać kopa i siły, żeby zaczęły oddawać energię.

Tampa 400metrów to tempo T5 wg rozpiski, ale wuj wie czyje to T5 miało być bo nie napisane było kogo to jest tempo. wuj jedyny wie też, jakie ja mam teraz tempo t5, no powiedzmy, że na moje bleszczate oko coś około 3:48/50 a tu pierwsze 400 metrów poszło 3:39 więc na pewno nie było to te hipotetyczne T5 niemniej buty niosły a pierwsze 400 nie jest jeszcze takie długie jak kolejne.

nie wiem, w co patrzyłem przed bieganiem, ale na pewno nie na ten trening, bo w głowie miałem zakodowane, ze przerwy miedzy 400 to 2:50. buhahaha ta, jasne, okazało się, że kolejną 4setke spóźniłem dobre 8-10 sekund zanim się skapowałem, że przerwa 1;30 a nie 2;30 więc weszła teoretycznie w 3:51 a praktycznie podejrzewam, że najszybciej z tych 12stu. kolejne dwie ślizgałam się poniżej 3:45 i zacząłem się zastanawiać czy ja aby na pewno dobrze to biegnę, bo coś nogi zaczęły się lekko ciężkie robić. no ale dobra, zrobione całość średnio 3:43kolejne 1;30 przerwy po 4tej i lecieć trzeba 10minut tempa. znów zaczynam jak pojebany, nie czuje kompletnie tego, ale pierwsze 800m wchodzi w 4;07 zaczynam hamować spokojnie i jeszcze na dobrych nogach kończę całość w 4:12 teraz dopiero 2 minuty oddechu i kolejny set 4×400 który znów wchodzi grubo poniżej 3:45 bo całość w 3:42 ale też zaczynam czuć, że oj może nie być to takie wesołe miasteczko, jak mi się na początku wydawało. karuzela zapierdala coraz bardziej, a krzesełka latają pod niebo coś jakby za mocno i zamiast wesoło robi się straszno. nic, trzyma mnie myśl, że jak już zrobię te drugie 10minut to będzie z górki i staram się od razu trzymać tempa 4;10/11 co tez się udaje bez większego problemu ale też już bez tego błysku lekkości. nogi już zalane kwasem lepiej niż nogawki spodni po 6 piwach.

zostaje ostatni set i trochę se ułatwiam, bo wdrapuje się pod lekka górkę i zaczynam z niej pierwsze 400 z ostatniej serii, ale wiatr tez zaczyna swoją jebaną krecią robotę i co powinno być łatwo z góreczki, to podmuchem w ryj dostaję i ledwo 3;45 zamykam. nogi ciężkie, jak po spotkaniu z mafią już się robią, a tu został jeszcze 3×400 do końca a nie jest lekko królu złoty, oj nie jest lekko.

sam siebie przekonuje, że zwolnić żaden wstyd, ze teraz biegnę realnym tempem T5 więc nie ma się co przejmować i z tego całego nieprzejmowania kolejne dwie wchodzą w 3;44 i 3;41 ale ja czuje, że ostatnia to już po 6 zero chyba zrobię.

no i dużo się nie pomyliłem, lecę już luźno bez patrzenia na zegarek co 3 sekundy, czy to już koniec, jak przy poprzednich i wchodzi w 3;38 naprawdę nie wiem jakim sposobem. już nie myślę nawet o jakichś 3 kilometrach schłodzenia, dryfuje leniwie w kierunku portu i kończę całość 18.41 km w 4;19.

w nagrodę właśnie mam zamiar otworzyć winko co i wam polecam. w końcu czerwone krwinki są najważniejsze.

czuj czuj, czytaj.

ps o butach będzie więcej w przyszłym tygodniu.

cichykot Opublikowane przez:

Bądź pierwszą osobą, która zostawi swój komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.